" Płacz jest słabością jeśli nie płaczesz ze szczęścia."
Wraz z pierwszymi promieniami srebrzystej gwizdy która razi nas swym blaskiem na co dzień, wraz z promieniami w których byłam skąpana me powieki uniosły się ku górze. Do mych lekko wyczulonych na bodźce otoczenia uszu dotarł przypominający wyjącego w pełni kota dźwięk. Tylko jedno mogło wydać taki charakterystyczny odgłos. Rae jest radosna i śpiewa. Choć śpiewem nazwać tego nie można. Jak na mój skromny aczkolwiek znaczący w mym życiu gust powinna wrócić do swych sztalug i farb. A śpiew niech porzuci nim stracę zmysł słuchu na stałe. Miękka pościel głaskała mą skórę i ogrzewała w celu jakim została stworzona przez istotę ludzką. Obróciłam swe ciężkie po przebudzeniu ciało w kierunku nienagannie gładkiej ściany. Dla zahamowania naporu dźwięku nałożyłam na ucho poduszkę. Dziewczyna ma przesrane. Nie dość że weszła do mego pokoju, to jeszcze usilnym fałszem próbuje wyrwać mnie z sennej mary. Nie powiem, udało jej się.
-Zamknij. Łaskawie. To. Fałszujące. Japsko.- Wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Dziewczyna prowokująco pochyliła się nade mną intonując pierwsze strofy "Kamień z napisem Love". Ruda wylądowała z trzaskiem na podłodze, jak i moja kołdra, podczas gdy ja górowałam nad nią z poduszką w ręku. Moje oczy były całe czarne z małymi białymi punktami, na twarzy lekko psotny psychiczny uśmiech rozszerzał się od boku do boku. Podniosłam kołdrę z poduszką i patrząc tryumfalnie na swe dzieło wróciłam do leżenia i nic nie robienia. Jest piątek. Ranek. Wolny dzień. Niech da se siana. Ruda jednak nie dała za wygraną. Wstąpiła w nią nowa siła bo powstała i pozwoliła swym rudym włosom wariować na wietrze i skręcać się bardziej niż zazwyczaj. Zielone oczy promieniały z ekscytacji. Zamknęłam oczęta próbując powrócić do poprzedniego stanu letargu. Błagałam Morfeusza by przyjął mnie z powrotem do siebie.Jednak nie było mi to dane.
-Toooooooriiiii!!!!- Krzyknęła ruda istota w zgrabnym odruchu potrząsając mym ramieniem. - Wstawaj! Słoneczko już wysoko!
-Wcale nie. Jest po prostu widoczne na tej półkuli.- Oznajmiłam naciągając kołdrę na głowę. Kiedyś byłam inna zachowywałam się jak duże dziecko. Odkąd straciłam brata, na dobre zamknęłam się w swej ciasnej, małej celi.
-Tori! Idziemy do centrum handlowego! Musimy mieć co na siebie włożyć.- Wychyliłam głowę z pod kołdry.
-No popatrz... jakimś cudem zapomniałam. No jak o centrum handlowym można zapomnieć?- Puściła mą ironiczną uwagę mimo uszu.- Co na siebie włożyć? Stawiam na ciuchy.
-O nie! Na urodziny mego kuzyna nie założysz po raz SETNY bluzy z kapturem.- Oznajmiła hardo. Jedna błysk mych czarnych oczu i cięta riposta wystarczyły.
-Tak? A kto mi zabroni, ty?- Jednak jak to na nieznośną, jednak lojalną przyjaciółkę przystało wstałam wyganiając dziewczynę z pokoju w celu przebrania się w jakieś ciuchy. Bo w piżamie przecież nie wyjdę na te cholerne zakupy nie?
~*~*~*~*~
Sorry nie mam innego arta...
- Nie wierzę że prawie nic nie kupiłaś.
-A ja nie wierzę że w godzinę można zaliczyć około 26 sklepów, zakupocholiku.- Odgryzłam się złośliwie. Przewróciła oczyma unosząc torby do góry.
-A ja nie wierzę że tak oryginalnie żeś się ubrała.- Trzeba przyznać dziewczynie rację. Rozpuszczone czarne włosy miałam ułożone tak, by eksponować fiołkowe pasma i zakończenia. Opadały delikatnie na mem plecy zakrywając czarny, ozdobny szaliczek który okrywał mą szyję. Moja bluzko tunika z kapturem była lekko w
stylu gotyckim, posiadała półdługie, rozgałęziane rękawy. Biała spódniczka wirowała na mych biodrach tworząc idealny kontrast do podkolanówek. Podkolanówki w naprzemienne czarno białe pasy, a ten strój wykończył odpowiedni makijaż, średniej wielkości kapelusz w stylu Michaela Jaksona i dziurawa rękawiczka na jednej ręce. Nieco zbuntowane, a nieco w stylu emo. W kieszeni tkwił mi Ipod ze słuchawkami. Jedna z nich tkwiła mi w uchu roztaczając melodię "My songs know what you did in a dark" zespołu Fall out boys.
-Raz na Ruski rok trzeba się pokazać.- Odcięłam się lekko złośliwie lustrując wygląd przyjaciółki, podczas gdy ona otwierała drzwi do naszego domu. Rude włosy rozwiane we wszystkie strony świata, łączące się z zielonymi oczyma dużymi jak u małego dziecka. W bordowej bluzie z nieładem kolorystycznym na przodzie wparowała do domu zamykając się w swoim "Pokoju malarskim" mówiąc że musi zrobić prezent dla swojego kuzyna Mika. Mike Shmidt jest strażnikiem.... gdzieś tam i... właśnie gdzieś tam jest ta impreza. Mam nadzieję że nie liczy na jakiś drogi czy gustowny prezent ode mnie. Ma farta że w ogóle mam prezent dla niego. Zamknęłam się w pokoju wyjmując nieduże zawiniątko. Wrzuciłam je do torby i bezinteresownie zapukałam do drzwi pokoju siostry.
-Młoda! To o której jest ta impreza?
-O tej o której wyjdę.-Oznajmiła.
-Jak na mój gust nie musisz wcale wychodzić, będę ci przynosić jedzenie.- Burknęłam pod nosem i wróciwszy do pokoju podrzucałam do góry scyzoryk i łapałam go w swe wątłe dłonie.
~*~*~*~
Wieczorem....
-Tori! Jesteśmy na miejscu!- Krzyknęła ruda trzymając w swych chorobliwie bladych dłoniach płótno z obrazem. Nie chciała się nawet przebrać czy umyć z farby jaka została na jej twarzy czy ubraniach.
Za uchem roztargnionej duszyczki tkwił nawet ołówek! Pomarańczową bluzkę na ramiączkach okrytą miała błękitnym swetrem. Przewróciłam radykalnie oczyma zakładając na głowę kaptur a w jedno ucho słuchawkę. Mam na to wy-je-ba-ne. Tyle powiem. Głupia pizzeria. Głupie urodziny. I głupia nocna zmiana mego przybranego kuzyna. Na życzenia sobie trzeba zasłużyć a z IQ poniżej normy krajowej trza sobie zasłużyć. Wysiadłam z ciemnego audi siostry który nie był pierwszej nowości. Oblałam spojrzeniem prostokątny budynek o nijakiej barwie i głęboko westchnęłam. Zatęchła dziura. Zupełnie jak moje życie. Przejechałam ręką po fiołkowych pasemkach i ukryłam je pod kapturem.
-Toriś. Nie chowaj się pod kapturkiem bo nie jesteś czerwona.
-Nie. Jestem wilkiem który z ochotą pożre cię gdy się zdenerwuje. - Oznajmiłam. Podeszłam do drzwi i nie chwytając nawet klamki kopnęłam je z całej siły. - Z buta wjeżdżam idioci którzy się tu pałętają.- Dziewczyna skarciła mnie ręką.
-Tu jest klamka.- Pokazała na metalowy przyrząd. Brutalnie wyrwałam ją z drzwi i rzuciłam o podłogę.
-Już nie ma. - Oznajmiłam dziarskim krokiem wchodząc do środka.
~Per. Mike~
Omiotłem wzrokiem cały imprezowy asortyment zapisując sobie w pamięci by zabić, udusić i spalić Cawthona za pomysł urządzenia imprezy urodzinowej w tym... piekle. Zmierzyłem groźnym wzrokiem stojące w Dining Are'a trzy roboty.
-Mike wszystk-k-ko gotowe?- Usłyszałem za sobą głos cioty który z ich powodu nie odważył się sam tu wejść.Przestawił nogę za futrynę i.... Dum! Wyjebał się. O rany... co za ciota....Na dodatek runąwszy na podłogę zaczepił o mnie i razem mieliśmy bliskie z podłożem. Fuck. No jak moż być taką ciotą? Boże....Daj mi cierpliwość bym wytrzymał tę noc bez żadnych uszczerbków na swym "Pojemnym XD" umyśle.
-Jeremy ja cię zaraz...- Wysyczałem popychając chłopaka tak by wstać na równie nogi bez obawy przed kolejną wywrotką.
-To wina tych cholernych kafelków....-Tłumaczył się stając na roztrzesione nogi by miać po chwili ponowną randkę z podłogą. Strzeliłem sobie porządnie w łeb. Rany co za ciota.
-Ty jesteś cholerny....- Warknąłem z niechęcią podając mu dłoń by trzykrotny raz się nie wyjebał.
-Nie bo ty.- Orzekł trzesą c się jak osika.
-Co ja? A! Nie.- Oznajmiłem z nutą arogancji w głosie.
-Skończyliście tę maskaradę?- Zapytał pogodny, dziewczęcy głos za mną. Należał on do pewnej istotki, a mianowicie Lulu. Mojej dziewczyny (XD). Ignorując blondyna, odwróciłem się by wzrokiem zilustrować jej osobę. Brązowa grzywka zgrabnie opadała na jej czoło tworząc idealny kontrast do długich, a wręcz bardzo długich kucyków po bokach jej głowy. W uszach tkwiły kolczyki w kształcie czarnych gwiazdek, a na szyli wisiał naszyjnik do kompletu.Orzechowe patrzałki wgapiały się w mą osobę, a ręce miała ułożone na krzyż przy piersi postukując jedną z turkusowych tenisówek o podłogę w celu oczekiwania. -Długo mamy czekać?
Ruszyłem w kierunku brunetki zostawiając tę łamagę na pastwę losu. Ta tylko klepnęła mnie w ramię.
-Telefoniarz kazał przekazać że pojawiły się jakieś dwie dziewczyny... a właściwie jak to ujął jedna i pół bo ta druga tylko warczy i serwuje cięte riposty. - Przewróciłem oczyma. Poza Vincem istnieje tylko jedna istota tak wredna i szczera do bólu. Tori.
-Już idę.
-A nie powiesz mi łaskawie CO TO ZA DZIEWCZYNY?- Zapytała tonem żądnym informacji.
-To moja... moje kuzynki.- Wysiliłem się na liczbę mnogą, bo nie akceptuję Victorii jako kuzynki, a koleżankę mojej kuzynki. Nic do niej nie mam tyle że zawsze wie jak mnie zgasić.Ruszyłem do Hallu gdzie Scott miał wymianę zdań z czarno włosą. W koło zebrali się prawie wszyscy. Nawet Jeremy przykuśtykał.
- Skądś ty się urwała?
- Z piekła, wiesz było nudno skoro wszystkie diabły są już na ziemi.- Nigdy nie widziałem by ktoś przegadał Phone Guy'a (XD).
- Jesteś równie irytująca co....
-Jak wymyślisz, poprawka o ile wymyślisz to zadzwoń.- Oznajmiła z wrednym uśmiechem z pod kaptura. Ku memu zaskoczeniu Rae prowadziła konwersację z Fritzem. Gdy mnie zobaczyła to w jej oczach błysnęły iskierki i włączył się tryb dużego dziecka. Podbiegła do mnie i zarzuciła swe ramiona na moja szyję.
-Wszystkiego najlepszego kuzynku!- Pisnęła radośnie dziewczyna a jej rudo brązowe włosy falowały na wietrze który sama stworzyła. Złożyła mi skomplikowane życzenia i razem przyglądaliśmy się finałowi kłótni Scotta z Tori. Aż dziwi mnie że Vincent nie dorzucił swych trzech groszy.
-Jeżeli chciałeś błysnąć to trzeba było się posypać brokatem!
-Co?- Zgasiła czarnowłosego.- Jesteś tak wredna że Fritz przy tobie jest milusi.
-Co ja?- Zapytał rudzielec.
-Acha.... brokatu w hurtowni zabrakło?
-Tori!-Zirytowany podniosłem głos.Utkwiła we mnie swoje przenikliwie fiołkowe patrzałki.
-O Mike. Najlepszego.- Vincent przewrócił oczyma.
-Sie postarałaś...
-Jestem... zszokowany.-Oznajmiłem.- Nidy nie błyaś miła... na ten swój sposób.
-No raczej.- Przewróciła oczyma.- Dziś jest dzień dobroci dla zwierząt.- Westchnąłem. Ona jest... nie możliwa. Rae przerzuciła ramię obejmując ją za szyję.
-Victorio Elizabeth Saunders.... i eee...
-Zamknij tę mordę.- Oznajmiła a przez jej oczy przetoczył się dziki błysk.
-Nie ważne te drugie nazwisko. Proszę choć raz bądź miła.
-Ale ja jestem Niła. Ni to miła ni nie miła.
-Zupełnie jak ten fioletowy idiota.- Wskazałem na Vinca. Dziewczyna wzniosła oczęta ku niebu i włożyła do ucha jedną słuchawkę.
-To... może nas przedstawisz?- Zaproponowała Lulu.
-Jasne.- Oznajmiłem. Teraz będzie się działo....
XDDD I co? Podoba się XD?
-Zamknij. Łaskawie. To. Fałszujące. Japsko.- Wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Dziewczyna prowokująco pochyliła się nade mną intonując pierwsze strofy "Kamień z napisem Love". Ruda wylądowała z trzaskiem na podłodze, jak i moja kołdra, podczas gdy ja górowałam nad nią z poduszką w ręku. Moje oczy były całe czarne z małymi białymi punktami, na twarzy lekko psotny psychiczny uśmiech rozszerzał się od boku do boku. Podniosłam kołdrę z poduszką i patrząc tryumfalnie na swe dzieło wróciłam do leżenia i nic nie robienia. Jest piątek. Ranek. Wolny dzień. Niech da se siana. Ruda jednak nie dała za wygraną. Wstąpiła w nią nowa siła bo powstała i pozwoliła swym rudym włosom wariować na wietrze i skręcać się bardziej niż zazwyczaj. Zielone oczy promieniały z ekscytacji. Zamknęłam oczęta próbując powrócić do poprzedniego stanu letargu. Błagałam Morfeusza by przyjął mnie z powrotem do siebie.Jednak nie było mi to dane.
-Toooooooriiiii!!!!- Krzyknęła ruda istota w zgrabnym odruchu potrząsając mym ramieniem. - Wstawaj! Słoneczko już wysoko!
-Wcale nie. Jest po prostu widoczne na tej półkuli.- Oznajmiłam naciągając kołdrę na głowę. Kiedyś byłam inna zachowywałam się jak duże dziecko. Odkąd straciłam brata, na dobre zamknęłam się w swej ciasnej, małej celi.
-Tori! Idziemy do centrum handlowego! Musimy mieć co na siebie włożyć.- Wychyliłam głowę z pod kołdry.
-No popatrz... jakimś cudem zapomniałam. No jak o centrum handlowym można zapomnieć?- Puściła mą ironiczną uwagę mimo uszu.- Co na siebie włożyć? Stawiam na ciuchy.
-O nie! Na urodziny mego kuzyna nie założysz po raz SETNY bluzy z kapturem.- Oznajmiła hardo. Jedna błysk mych czarnych oczu i cięta riposta wystarczyły.
-Tak? A kto mi zabroni, ty?- Jednak jak to na nieznośną, jednak lojalną przyjaciółkę przystało wstałam wyganiając dziewczynę z pokoju w celu przebrania się w jakieś ciuchy. Bo w piżamie przecież nie wyjdę na te cholerne zakupy nie?
~*~*~*~*~
Sorry nie mam innego arta...
- Nie wierzę że prawie nic nie kupiłaś.
-A ja nie wierzę że w godzinę można zaliczyć około 26 sklepów, zakupocholiku.- Odgryzłam się złośliwie. Przewróciła oczyma unosząc torby do góry.
-A ja nie wierzę że tak oryginalnie żeś się ubrała.- Trzeba przyznać dziewczynie rację. Rozpuszczone czarne włosy miałam ułożone tak, by eksponować fiołkowe pasma i zakończenia. Opadały delikatnie na mem plecy zakrywając czarny, ozdobny szaliczek który okrywał mą szyję. Moja bluzko tunika z kapturem była lekko w
stylu gotyckim, posiadała półdługie, rozgałęziane rękawy. Biała spódniczka wirowała na mych biodrach tworząc idealny kontrast do podkolanówek. Podkolanówki w naprzemienne czarno białe pasy, a ten strój wykończył odpowiedni makijaż, średniej wielkości kapelusz w stylu Michaela Jaksona i dziurawa rękawiczka na jednej ręce. Nieco zbuntowane, a nieco w stylu emo. W kieszeni tkwił mi Ipod ze słuchawkami. Jedna z nich tkwiła mi w uchu roztaczając melodię "My songs know what you did in a dark" zespołu Fall out boys.
-Raz na Ruski rok trzeba się pokazać.- Odcięłam się lekko złośliwie lustrując wygląd przyjaciółki, podczas gdy ona otwierała drzwi do naszego domu. Rude włosy rozwiane we wszystkie strony świata, łączące się z zielonymi oczyma dużymi jak u małego dziecka. W bordowej bluzie z nieładem kolorystycznym na przodzie wparowała do domu zamykając się w swoim "Pokoju malarskim" mówiąc że musi zrobić prezent dla swojego kuzyna Mika. Mike Shmidt jest strażnikiem.... gdzieś tam i... właśnie gdzieś tam jest ta impreza. Mam nadzieję że nie liczy na jakiś drogi czy gustowny prezent ode mnie. Ma farta że w ogóle mam prezent dla niego. Zamknęłam się w pokoju wyjmując nieduże zawiniątko. Wrzuciłam je do torby i bezinteresownie zapukałam do drzwi pokoju siostry.
-Młoda! To o której jest ta impreza?
-O tej o której wyjdę.-Oznajmiła.
-Jak na mój gust nie musisz wcale wychodzić, będę ci przynosić jedzenie.- Burknęłam pod nosem i wróciwszy do pokoju podrzucałam do góry scyzoryk i łapałam go w swe wątłe dłonie.
~*~*~*~
Wieczorem....
-Tori! Jesteśmy na miejscu!- Krzyknęła ruda trzymając w swych chorobliwie bladych dłoniach płótno z obrazem. Nie chciała się nawet przebrać czy umyć z farby jaka została na jej twarzy czy ubraniach.
Za uchem roztargnionej duszyczki tkwił nawet ołówek! Pomarańczową bluzkę na ramiączkach okrytą miała błękitnym swetrem. Przewróciłam radykalnie oczyma zakładając na głowę kaptur a w jedno ucho słuchawkę. Mam na to wy-je-ba-ne. Tyle powiem. Głupia pizzeria. Głupie urodziny. I głupia nocna zmiana mego przybranego kuzyna. Na życzenia sobie trzeba zasłużyć a z IQ poniżej normy krajowej trza sobie zasłużyć. Wysiadłam z ciemnego audi siostry który nie był pierwszej nowości. Oblałam spojrzeniem prostokątny budynek o nijakiej barwie i głęboko westchnęłam. Zatęchła dziura. Zupełnie jak moje życie. Przejechałam ręką po fiołkowych pasemkach i ukryłam je pod kapturem.
-Toriś. Nie chowaj się pod kapturkiem bo nie jesteś czerwona.
-Nie. Jestem wilkiem który z ochotą pożre cię gdy się zdenerwuje. - Oznajmiłam. Podeszłam do drzwi i nie chwytając nawet klamki kopnęłam je z całej siły. - Z buta wjeżdżam idioci którzy się tu pałętają.- Dziewczyna skarciła mnie ręką.
-Tu jest klamka.- Pokazała na metalowy przyrząd. Brutalnie wyrwałam ją z drzwi i rzuciłam o podłogę.
-Już nie ma. - Oznajmiłam dziarskim krokiem wchodząc do środka.
~Per. Mike~
Omiotłem wzrokiem cały imprezowy asortyment zapisując sobie w pamięci by zabić, udusić i spalić Cawthona za pomysł urządzenia imprezy urodzinowej w tym... piekle. Zmierzyłem groźnym wzrokiem stojące w Dining Are'a trzy roboty.
-Mike wszystk-k-ko gotowe?- Usłyszałem za sobą głos cioty który z ich powodu nie odważył się sam tu wejść.Przestawił nogę za futrynę i.... Dum! Wyjebał się. O rany... co za ciota....Na dodatek runąwszy na podłogę zaczepił o mnie i razem mieliśmy bliskie z podłożem. Fuck. No jak moż być taką ciotą? Boże....Daj mi cierpliwość bym wytrzymał tę noc bez żadnych uszczerbków na swym "Pojemnym XD" umyśle.
-Jeremy ja cię zaraz...- Wysyczałem popychając chłopaka tak by wstać na równie nogi bez obawy przed kolejną wywrotką.
-To wina tych cholernych kafelków....-Tłumaczył się stając na roztrzesione nogi by miać po chwili ponowną randkę z podłogą. Strzeliłem sobie porządnie w łeb. Rany co za ciota.
-Ty jesteś cholerny....- Warknąłem z niechęcią podając mu dłoń by trzykrotny raz się nie wyjebał.
-Nie bo ty.- Orzekł trzesą c się jak osika.
-Co ja? A! Nie.- Oznajmiłem z nutą arogancji w głosie.
-Skończyliście tę maskaradę?- Zapytał pogodny, dziewczęcy głos za mną. Należał on do pewnej istotki, a mianowicie Lulu. Mojej dziewczyny (XD). Ignorując blondyna, odwróciłem się by wzrokiem zilustrować jej osobę. Brązowa grzywka zgrabnie opadała na jej czoło tworząc idealny kontrast do długich, a wręcz bardzo długich kucyków po bokach jej głowy. W uszach tkwiły kolczyki w kształcie czarnych gwiazdek, a na szyli wisiał naszyjnik do kompletu.Orzechowe patrzałki wgapiały się w mą osobę, a ręce miała ułożone na krzyż przy piersi postukując jedną z turkusowych tenisówek o podłogę w celu oczekiwania. -Długo mamy czekać?
Ruszyłem w kierunku brunetki zostawiając tę łamagę na pastwę losu. Ta tylko klepnęła mnie w ramię.
-Telefoniarz kazał przekazać że pojawiły się jakieś dwie dziewczyny... a właściwie jak to ujął jedna i pół bo ta druga tylko warczy i serwuje cięte riposty. - Przewróciłem oczyma. Poza Vincem istnieje tylko jedna istota tak wredna i szczera do bólu. Tori.
-Już idę.
-A nie powiesz mi łaskawie CO TO ZA DZIEWCZYNY?- Zapytała tonem żądnym informacji.
-To moja... moje kuzynki.- Wysiliłem się na liczbę mnogą, bo nie akceptuję Victorii jako kuzynki, a koleżankę mojej kuzynki. Nic do niej nie mam tyle że zawsze wie jak mnie zgasić.Ruszyłem do Hallu gdzie Scott miał wymianę zdań z czarno włosą. W koło zebrali się prawie wszyscy. Nawet Jeremy przykuśtykał.
- Skądś ty się urwała?
- Z piekła, wiesz było nudno skoro wszystkie diabły są już na ziemi.- Nigdy nie widziałem by ktoś przegadał Phone Guy'a (XD).
- Jesteś równie irytująca co....
-Jak wymyślisz, poprawka o ile wymyślisz to zadzwoń.- Oznajmiła z wrednym uśmiechem z pod kaptura. Ku memu zaskoczeniu Rae prowadziła konwersację z Fritzem. Gdy mnie zobaczyła to w jej oczach błysnęły iskierki i włączył się tryb dużego dziecka. Podbiegła do mnie i zarzuciła swe ramiona na moja szyję.
-Wszystkiego najlepszego kuzynku!- Pisnęła radośnie dziewczyna a jej rudo brązowe włosy falowały na wietrze który sama stworzyła. Złożyła mi skomplikowane życzenia i razem przyglądaliśmy się finałowi kłótni Scotta z Tori. Aż dziwi mnie że Vincent nie dorzucił swych trzech groszy.
-Jeżeli chciałeś błysnąć to trzeba było się posypać brokatem!
-Co?- Zgasiła czarnowłosego.- Jesteś tak wredna że Fritz przy tobie jest milusi.
-Co ja?- Zapytał rudzielec.
-Acha.... brokatu w hurtowni zabrakło?
-Tori!-Zirytowany podniosłem głos.Utkwiła we mnie swoje przenikliwie fiołkowe patrzałki.
-O Mike. Najlepszego.- Vincent przewrócił oczyma.
-Sie postarałaś...
-Jestem... zszokowany.-Oznajmiłem.- Nidy nie błyaś miła... na ten swój sposób.
-No raczej.- Przewróciła oczyma.- Dziś jest dzień dobroci dla zwierząt.- Westchnąłem. Ona jest... nie możliwa. Rae przerzuciła ramię obejmując ją za szyję.
-Victorio Elizabeth Saunders.... i eee...
-Zamknij tę mordę.- Oznajmiła a przez jej oczy przetoczył się dziki błysk.
-Nie ważne te drugie nazwisko. Proszę choć raz bądź miła.
-Ale ja jestem Niła. Ni to miła ni nie miła.
-Zupełnie jak ten fioletowy idiota.- Wskazałem na Vinca. Dziewczyna wzniosła oczęta ku niebu i włożyła do ucha jedną słuchawkę.
-To... może nas przedstawisz?- Zaproponowała Lulu.
-Jasne.- Oznajmiłem. Teraz będzie się działo....
XDDD I co? Podoba się XD?



Super artykuł. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuń