piątek, 15 kwietnia 2016

~Zagubione wspomnienie....~

 "Ludzie robią ze swojego życia 
wieczny bal przebierańców. 
Cały czas udają innych i skrywają
wszystkie emocje pod maską.
Niestety....  ja też". 

Per. Tori
Spokój i harmonia panują najczęściej w miejscach opuszczonych przez świat. W miejscach znaczonych krwią przez los. Moim miejscem wyciszenia był opuszczony szpital, miejsce nawiedzone przez słowa innych. Nikt nie śmiał mi tu przeszkodzić w rozmyślaniu nad błędnym kołem swego marnego losu. Trzy piętrowy, szary, nijaki budynek z mroczną aurą owity w ciemne tajemnice.Powybijane okna, dziwne zjawiska, jak zmiany rozmieszczeń firanek. Zdemolowane piwnice..... Piętra pod nimi wysłane małym cmentarzykiem. Im wyższe piętra tym czyściej. Sprzęt lekarski leży w zawieszeniu, jakby zostawiony w pośpiechu. Im na dół tym straszniej. Zdewastowane, zdemolowane. Czarna dziura pochłonęła jedną z dolnych łazienek, gdzie drzwi wyważono i stoją w strzępach. Tyle dusz... błąkało się tu po nocach strasząc inne istoty żywe. Ale... mnie chyba lubią. Przychodzę tu zawsze wsłuchując się w śmiechy dziecięcych, zbłąkanych duszyczek, które rozpaczliwie błagały o wolność w odmętach czasu. Szpital ten wybudowano przed wojną więc możecie sobie wyobrazić co mogło się tu dziać. Opiszę wam jak tu się dostałam. Od tej pizzerii nie było tu daleko, ledwie kilka ulic. Spokojnym, miarowym krokiem zbliżałam się do owego miejsca. Ciemność nie kole bowiem w oczy istoty swego pokroju. W ciemności można się skryć, więc ciemność jest za pan brat. Na mej hebanowej główce tkwił kaptur niczym nie odłączny element stroju. Ręce miałam w kieszeni i dziarskim krokiem parłam przed siebie trzymając dłoń na rączce noża. Aż nie stanęłam pod ogromnym budynkiem. Może opiszę go z większą precyzją. Wiecie jak wygląda kąt prosty? Taki był ten budynek. Dwa prostopadłościany zlepione ze sobą rogami. Na "ostrej części kąta" były główne drzwi. Obecnie zabite szczelnymi deskami, czy raczej dechami. Ale na "drugich końcach" tego budynku były metalowe bramy zawiązane niedbałym łańcuchem. Tylne drzwi otwarte, tak że łatwo przez  nie przejść. Schody. Zazwyczaj gnieździłam się na drugim pietrze gdzie znajdował się opuszczony oddział dziecięcy. Prąd był. Bo miasto bało się odłączyć stare przewody powodując przy tym "może" nieodwracalne zniszczenia sieci elektrycznej. Stoją tu nawet stare komputery! Jakby czas zastygł w miejscu. Na trzecim pietrze znajdował się oddział zakaźny. Powiem szczerze. Kocham opuszczone i znienawidzone przez świat ludzki miejsca. Siedziałam w jednej ze szpitalnych sali z dziecięcymi emblematami. Troszkę tu odnowiłam bo często tu przychodzę. Czarna pościeli i poduszka z fioletowymi emblematami rysowana przeze mnie specjalnym fiołkowym markerem które można załatwić w specjalnych sklepach. Przenośny notebook na kolanach, słuchawki na uszach. Nie jest tu zimno, ponieważ dzięki sprytowi udało mi się uszczelnić okna i ucharakteryzować je tak aby z zewnątrz wyglądały na wybite. Położyłam się na delikatnym materiale pościeli i zanurzyłam się w wodospadzie wspomnień. Próbowałam wyłowić takie w którym była nasza trójka i było dość.... szczęśliwe.

Lekcja. Samo to słowo wydaje się nudne i nużące. Historia. To słowo było troszkę bardziej  ciekawe. Siedziałam w ostatniej ławce razem ze swoją bliźniaczą siostrą. Kariną. Różnica między nami była dość łatwa do zauważenia. Kari miała długie, fioletowe włosy z brązowymi pasemkami. Były lekko falowane w porównaniu do moich "prawie" loków. Moje były bardzo kręcone, takie... pukielki. I w naszym charakterze była ogromna różnica. Była.... lekko szurnięta. A wręcz bardzo szurnięta. 
Ubrana była po swojemu, jednak jak każdy musiała mieć fragment mundurku. Więc miała czarną spódnicę z wysokimi czarnymi podkolanówkami.  Pod purpurowym swetrem miała czerwoną bluzkę, całą kreację uwieńczał scyzoryk u boku spódniczki i purpurowe bolerko na ramionach. Nie trudno więc się domyślić że to nasz ulubiony kolor. Owa istotka właśnie zajmowała swe wątłe dłonie konstrukcją doskonałego samolocika z papieru. Choć chodzimy do tej samej klasy, niektóre lekcje mamy oddzielnie. Podejrzewam że to ze względu na bezpieczeństwo innych. Vinc obecnie nie ma z nami historii i o ile mój umysł nie płata figli ma angielski. Powiem tyle. Orłami z nauki to my nie jesteśmy a i tak cała szkoła nas zna. Kari przemówiła do mnie spokojnym i miarowym głosem.
-Vick... a wiesz że nasz kochany braciszek czerwienił się na widok nowej?- Ta jasne. A mrówki są różowe.-Mówię powarznie!
-To mamy jakąś nową? Trzeba ją hucznie przywitać!- Oznajmiłam z psychicznym uśmieszkiem rozciągającym swe ramiona na długości całej mej twarzy. 
-O to swoją drogą. Ale Vincent ją pewnie sam przywita.- Zachichotałyśmy tak jakbyśmy były dwiema najlepszymi kupelami. 
-Jak się to nazywa?- Zapytałam.
-Em... Jakoś tak coś z mitologi?- Spojrzałam na nią jak na barana. 
-- Mitologi?! Co kurde jakaś Medea?- Spojrzała na mnie ja na przybysza z kosmosu.
-To jakaś marka kosmetyków?-Westchnęłam.
-Nie było tematu.- Kari chciała coś dodać lecz tubalny głos belferki przywrócił ją do rzeczywistości. Pani Young była niską, pyzatą nauczycielką, która zapominała prawie o wszystkim. Jej figura przypominała kształtem gruszkę, a rzadkie siwe włosy splecione miała w dwa warkocze po bokach, co było.... dziwne. Wbrew nazwiska miała około 50. Tak stawiam. Na jej lekcjach zawsze była beka, zwłaszcza jeśli chodzi o naszą trójkę. 
-Karino. Powiedz nam proszę coś o bitwie pod Waterloo.- Będzie jazda. Zdążyła mi tylko przybić żółwika gdy do klasy weszła sekretarka z jakąś dziewczyną. To zapewne ta nowa. Miała długie karmelowe włosy, lekko kręcone i nijakie oczy. Mieniły się niczym kalejdoskop przy wodospadzie ciemnych rzęs, które raczej nie były zasługą tuszu do rzęs. Ubrana była w czarne leginsy i białą koszulkę "nietoperka" z naszyjnikiem przedstawiającym turkus. Włosy miała rozpuszczone i łagodnie opadały na jej ramiona. 
-Przepraszam. Przyprowadziłam nową uczennicę. Przeprowadziła się do nas z Las Vegas. Luce Rovllens.  Mam nadzieję że się zaprzyjaźnicie.- No raczej. Nie wiem czemu kobieta zmierzyła wzrokiem akurat mnie i Kari (XD). Kobieta wymówiwszy te nie poprawne równoważniki zdań wyszła. Dziewczyna powolnym krokiem ruszyła do jedynej wolnej ławki. Za nami. Fuck. Heheh ma peszka. 
-No to Kari... co z ta bitwą?- Zapytała delikatnie. 
-No więc prze pani.- Kari wstała i usiadła na rogu ławki zakładając nogę na nogę. Przyznam iż włączyłam dyktafon by puścić to potem braciszkowi. Niech ma też trochę Fun'u, nie?- Bitwa ta odbyła się pod Waterloo. To taki skrót. W akcie teatralnej, energicznej reakcji logicznej z. o. o. Tylko się "Z" zgubiło. W tej wojnie brał udział... na ten... Stalin i ten.... Benedykt 16? Oni ten.... dopingowali innym drużynom na euro 2016 i wybuchła wojna bo... ten Madryt wygrał z... Austrią? A nie... z Amsterdamem. I Isis się dołączyli! Tak. I bum! Z Empire State Bulding! -I wstała przechadzając się po klasie. Nachyliła się nad biurkiem nauczycielki zabierając jedną babeczkę z śniadaniówki kobiety.- Mogę? Muszę se poziom insuliny podnieść.- Zaczęła chrupać. - No. Jako że Stalinowi zabrakło Amunicji na.... tym no wojnie domowej. Zaprosił anglików i Muminki. Tak! Muminki z Małą Mi na czele! Ona sypała takimi tekstami że natychmiast wygrali. Zakończyło się założeniem unii Europejskiej!- Jak ja się ryłam po kryjomu. Szkoda że zadzwonił dzwonek i nie wiedziałam miny belferki (XDD). O matko.....Jprd.... Kari ukłoniła się na koniec i wróciła do ławki spakować swe rzeczy do plecaka. Jednak zaczepiła ją ta nowa Lucy.
-Emm.... Ale.... to... było..... łał.- Oznajmiła mierząc się z ognistym spojrzeniem Kari. Wytaszczyłam ją z sali nim rzuciła się na dziewczynę i z niewiadomych mi przyczyn wydłubała jej oczy. Opanowała się z trudem gdy chlustnęłam jej wodą w twarz, w toalecie damskiej nie daleko naszych szafek. Jej fiołkowe włosy lepiły się do twarzy razem z brązowymi pasmami. Czarne oczka wróciły do swego fiołkowego odcienia. Świetnie. 
-To... co teraz mamy?- Zapytałam nim zaczęła mówić jaka to żmija będzie z nami uczęszczać do klasy. Rozpogodziła się.
-Cheeeeeemięęęęęęę....-Wydłużyła. Obie wiemy co to znaczy. Probówki, denaturat, żrące substancje, ogień.... itp. Czyli wybuch pewien na 99%.- Cała nasza trójka.- Zajebiście. Jeszcze Vinc się z nami pobawi. 
-A właśnie.... gdzie go wywiało?- Wzruszyła ramionami. Westchnęłam.-To go poszukajmy. - Wyszłyśmy z damskiej mijając trzy z pięciu korytarz. Znalazłyśmy go gdy zamykał jedną szafkę. Pragnę napomknąć. Coś, czy raczej uwięziony w niej ktoś walił zacięcie w drzwiczki gdy ten się śmiał. Fioletowe włosy spływały mu na ramiona jak wodospad, gdy jego oczy i uśmiech przybrały psychiczną nutę. Czy tylko ja nie miałam jeszcze dziś fazy psycho? Pff. Jeszcze nie dawno każde z nas miało włosy w odcieniu brązu. Teraz, miast być trójką szatynów, mamy fioletowe włosy. Opierał się plecami o szafkę. Miał czarne rurki, Air Maxy na nogach i ulubioną fioletową koszulę. Szkolny emblemat jak to mówi "Wali". Tak to zadecydowanie Vincent Purple. Debil spokrewniony ze mną. 
-Vincent!- Krzyknęła dziewczyna.- Co robisz?- Głupie pytanie. 
-Nie widzisz że pomagam....- Uderzył w szafkę.- Jak ci na imię pierwszaczku? Z resztą? Kogo to obchodzi....No chłopczyk nie wie czy ma ten no... Tori jak to się nazywa...
-Klaustrofobię.
-No właśnie! Nie wie czy ma klaustrofobię więc pomagam mu sprawdzić.
-Ratunku!- Ktoś znów walił w szafkę. - Pomóżcie!- No można się zabawić. Braciszek jakby czytał mi w myślach. Podeszłam do szafki i oparłam o nią moim glanem. Odparłam przesłodzonym głosikiem.
Oh nie martw się... zaraz cię uwolnimy...
-Nnnaprrawdę? -  Zapytał przez łzy.  Kari zrozumiałą o co biega. 
-Oczywiście złotko.- Jakie nie szczere.- Powiedz.... masz klaustrofobię?
-Tttak.
-Nasz braciszek pomaga ci ją pokonać. - Oznajmiłam. (Ciekawostka wiecie kim jest Tori? Jej drugie imię  brzmi Violet ^^ Hehehe)- To takie....
-Antystresowe wychowanie!- Vincent strzelił facepalma. 
-Kari jak ty coś powiesz....- Oznajmiłam. Zablokowaliśmy szafkę i ruszyliśmy w stronę sali chemii. 
-Przepraszam?- Głos zagadnął nas od tyło. To była ta Luce. Mojego brata chyba zamurowało. Ogarnął dziewczynę z dołu do góry. Oho. Zabuuuujał się. Potem go podręczę. -To.... wy jesteście Vinc, Kari i Vicky?
-Nie.- Oznajmiła Kari.- Jesteśmy trzy świnki, a na kogo ci wyglądamy?- Zagadnęła chamsko. 
-Jestem Vincent.- Romeo się przedstawił.
-Luce. - Oznajmiła.- To prawda że słynne trojaczki wszystkich rostawiają po kątach?
-No...
-Tak.- Oznajmiła hardo Kari.- Więc jeśli nie chcesz przekonać się gdzie twoje miejsce suń się.- Przeszła obok niej popychając na ścianę. I nie wiem co by było dalej gdyby nie dzwonek...

Tak. TO dobre wspomnienie. Założyłam słuchawki i... zasnęłam.

No... Kari!!!! Przez cb rozdzielam to na dwoje. Heh.... w następnym rozdziale wielkie poszukiwania Tori. Czy ją znajdą? Dlaczego zacznie pracować w pizzerii? Czy ciota wejdzie do opuszczonego szpitala???  XDDDD Heheheh

2 komentarze:

  1. 1. Jedno "Ale" - Ja. Nienawidzę. Spódniczek. XD.
    2. Moje przypuszczenia to to , że ten w szafce to ciota xDD
    3. Fajna zapowiedź! ^-^ Yay! Ciota i szpital! I gdzie ja do cholerki jestem? ._.

    OdpowiedzUsuń