Uśmiechnij się z politowaniem i powiedz
~Bijesz się jak ciota."
Per. Karina
"Nie zostałam stworzona by być miła. Jestem jaka jestem
i się z tym pogódź.- Powiedziała przyciskając mu sztylet do szyi. "
~Percy Jakson Zgubiony Heros
Przejeżdżałam właśnie niedaleko jakiegoś opuszczonego szpitala gdy wtem....
Per. Vincent
Większość z obecnych na imprezie było już nie przytomnych przez zbyt dużą ilość alkoholu we krwi. Z doświadczenia wiem że nie należy to potem do najprzyjemniejszych, t tak jakby ktoś założył na nas pokutę za spożywanie napojów wyskokowych.Jedyną osobą na tyle trzeźwą by ocenić swymi bystrymi oczyma sytuację była Lulu, której również się przysnęło. Jedynymi, którzy jeszcze stali w miarę pewnie na nogach był Scott ,Jeremy ,Mike oraz ja. Spojrzałem po swych towarzyszach i stwierdziłem, że nigdzie nie ma śladu dość pyskatych ustek pewnej istotki. Cholera. Łeb mi pęka. No tej...tej Tori. Heh...a tak w ogóle to teraz jeśli o niej pomyślę ,przypomina mi się moja siostra...Victoria.... Ona był dość.... oryginalną osobą. Ale jej już nie ma. Pogodziłem się ze stratą drugiej z sióstr....Chyba. Ale z resztą... to przecież niemożliwe! Prawda? Szturchnąłem szatyna łokciem.
-Mike, gdzie Victoria?-spytałem sprawiając wrażenie jakby w cale nie interesowały mnie obecne losy czarnowłosej. Skąd wiem że ma czarne włosy? Nawet w ciemności słaby odcień włosów się wyróżnia, chyba że jest czarny. Nie mam bladego pojęcia co z jej końcówkami czy tymi... pasemkami. One w porównaniu do resztą fryzury fosforyzowały. Chłopak popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem i rozejrzał się po chwili na jego twarz wszedł diabelski uśmiech.
-Nie wiem ,ale brak tej niewychowanej osóbki jest dla mnie wybawieniem.-stwierdził. Pokręciłem głową i westchnąłem. Mnie osobiście przypadł do gustu jej charakterek, nie wiadomo czy to rebels czy po prostu jest wredna, jak dla mnie bez różnicy. Z niewiadomych przyczyn czułem do dziewczyny jakieś dziwne przywiązanie.
-Nie wiem jak ty ,ale ja idę jej szukać. Jeremy ,Scott ,Lulu , idziecie ze mną?-zapytałem głosem nie znoszącym sprzeciwu. Lulu podniosłą swą brązowowłosą główkę i odparła swym naturalnym głosem.
-No raczej że idę mój drogi przyjacielu.-Czy wyczułem w tym zdaniu nutę ironii?- Ktoś musi pilnować byście się nie pozabijali po drodze....- Zmierzyła mnie podstępnym spojrzeniem, heh...no co?. Oczywiście ty się to tego najlepiej nadajesz.~Pomyślałem.
-A co jak oni się obudzą?- Zapytał czarnowłosy pokazując palcem na śpiące osoby. Przewróciłem teatralnie oczyma.
-Jak to co? To proste! Sprzątaczek nie musimy szukać!- Oznajmiła pogodnie dziewczyna, uśmiechając się diabelsko. Czasem się zastanawiam czy się jej bać czy nie.... Po namyśle zwycięża druga opcja.
Przerażony -jak zwykle -Jeremy spojrzał na mnie jak na przybysza z kosmosu.
-Wwwyjść? -Wymamrotał.-Mmoże?
-Morze jest szerokie i głębokie.- Oznajmiłem.- Jeśli nie pójdziesz dobrowolnie zawsze możemy cię uderzyć, strasz przytomność, my cię obezwładnimy i wyniesiemy stąd.- Uśmiechnąłem się diabelsko- Na twoim miejscu wybrałbym dobrowolne opuszczenie tego lokalu.
-A może do niej zadzwonimy? Na... takie magiczne urządzonko zwane telefonem?- Przewróciłem oczyma, czarnowłosy miał taki ciekawy wyraz twarzy. Naiwniak. Ja bym telefon na jej miejscu wyłączył albo przerzucił na automatyczną sekretarkę. Cawthon znów wierzy w magię telefonów, kto by się spodziewał? Bo one mogą wszystko załatwić.
-No pewnie! Oznajmiłem z toną ironii.
-Naprawdę?-Zapytał naiwnie jak małe dziecko.
-Nie.- Zniszczyłem jego nadzieję.
-No dobra mięśnie, dajcie myśleć mózgowi.- Oznajmiła Lulu przerywając tę "Cudowną" konwersację.- Możemy użyć GPS'a, nie?- O rany. Że też o tym nie pomyślałem.- Masz takie apki na telefonie prawda, Scott?-Nim ja lub on zdążyliśmy jej odpowiedzieć, sama doszła do logicznego wniosku.-Po co ja takie głupie pytana zadaję? No raczej że masz. -Gdy wszyscy zgodzili się na wyjście, chcąc czy nie chcąc włączyliśmy GPS'a i namierzaliśmy jej telefon. Heh... no kto by się spodziewał że to może się udać!
Per. Karina
-毒通り。彼らは木を見るようにタイヤが博士ペンギンアスファルト、心臓発作が死んでしまいます。ねえ!ジュリアン、ジュリアン彼は岩のように硬いです。私たちは、あなたがガスを押す必要があり、少し遅すぎる女性のつもりです!- Śpiewałam wkładając w to całe serce. Nawet nie zerkałam na drogę... Po co mi to? Jestem perfekcyjnym kierowcą! I niech nikt w to nie wątpi! Moja wymyślna melodia łaskotała powietrze w całkowitym sensie tego wyrażenia. Po raz pierwszy w swym życiu nie przewidziałam pewnego problemu który niespodziewanie wyskoczył na mą drogę. Moja lekka główka była tak zafrasowana melodią że nie zwróciła najmniejszej uwagi na krzyki kompanów mojego problemu. Stłuczka. Zderzenia. Wypadek. Może przedstawię to nieco jaśniej? Oczywiście jako że moja osoba z natury jest z regułami na bakier zdążyłam złamać tysiące zasad dotyczących ruchu ulicznego. Po co ktoś je w ogóle wymyślał? Jeszcze go główka od tego rozbolała! Nie ja pierwsza i ostatnia je łamię. Fiołkowe włosy wzbogacone w miedziane pasemka uparcie wychodziły poza obręb kasku i zasłaniały mój widnokrąg. Cholerne włosy! A specjalnie je upinałam! Ludzie świat mnie chyba nie kocha. Za to efekt był.... porażający. To jak jazda na rowerze bez trzymanki tylko w tym wypadku nie umyślna. Maszyna dumnie wymrukiwała swój rytm a także dodatkowe maszynowe stacatto. To muzyka dla moich uszu, oplatana w lekko fałszywe bo wibrowane przez nie równą na jezdnię dźwięki mego głosu. Moja głowa bujała się w rytm melodii wydobywającej się z krtani. Czas pędził tak szybko jak ja mknęłam szosą. Tik, tak, tik, tak. I tak brnęłam tą drogą nie zważając na nic dookoła co okazało się błędem. Po chwili usłyszałam jakieś donośne krzyki nawołujące do mego zatrzymania, a także zatrzymania istoty która weszła w obręb rażenia koła mego motoru. Otworzyłam me jeszcze do niedawna przymknięte oczy i spostrzegłam ,iż na drodze kilkanaście metrów przede mną potknął się jakiś chłopak. No rany boskie, ja tu pasów nie widzę, a on? Pechowo dla jego osoby nie zdążyłam wyhamować. Jego zapewne przyjaciele krzyczeli mu by się odsunął, co by się udało gdyby nie to że mój motor rozpędzony był ponad 200km na godzinę. Pomimo usilnych starań i hamowań zderzenie było nieuniknione. Maszyna przerzuciła swą masę ciała na prawy bok razem z mą osobą. A pisk metalu przeszył eter, mieszając się z zapachem palonej gumy. Idealny lakier zdarł się podczas konfrontacji z asfaltem co zapewne poskutkuje dużymi ubytkami w moich oszczędnościach.
Siła wyparcia odrzuciła me ciało w tył nim metal zgiął się rozgrzany przez swą prędkość. W naturalnym odruchu chwyciłam się za tryskające fontanną bólu ramię które wystawało z rozdartej kurtki oraz koszulki. Metaliczny posmak krwi zdał się wyczuwalny dla mych kubków smakowych, przez co splunęłam automatycznie w bok. Serce przyspieszyło niczym werbelek podczas marszu piechoty. Adrenalina mieszała się z krwią w nie korzystną dla mnie substancję powodującą głębokie ruszenie w mym organizmie. Chęć do działania czy ataku przyćmiła mą wolną wolę. Kto wchodzi w taki sposób na jezdnię? Temu debilowi coś mogło się stać!To tylko ramię... zagoi się. Jednak gdy tknęłam palcem zaognionej ranki syknęłam jadowicie.Ale jemu mogło się stać coś gorszego! Jeśli coś sobie zrobił... to ja nie wiem czy sobie to wybaczę. Chociaż... tak. To w końcu nie moja wina. Gdzie on ma głowę?! Przekręciłam głowę tak by mieć dokładny wgląd na jego osobę. Siła zderzenia odrzuciła go tak daleko że był rozmazaną, fioletową plamką na widnokręgu. Głęboko westchnąwszy obróciłam się na brzuch i z jednym ramieniem próbowałam wstać co poskutkowało ponownym rozpłaszczeniem się na tafli asfaltu. Cholera! Nie pozostało mi nic innego jak czołgać się w jego stronę do momentu gdy ból przestanie być natarczywy. Do czego to doszło? Ja czołgać? Nie będę się tak poniżać dla jakiegoś ślepego debila! Plamy oznaczające jego znajomych otoczyły go ciasnym pół okręgiem. Łańcuszkiem. Przezwyciężywszy w końcu ból podniosłam się z czarnego jak smoła asfaltu którego drobinki starły mi ręce. Wyglądałam jak dziecko wojny żywcem porwane z serialu The Walking Dead. Moje wargi zamknęły się w żelaznym uścisku a zęby tarły o siebie utożsamiając potworny bòl targający mą istotą. Ciepła substancja wpłynęła na mój język. Krew. Moja słodka krew. Cholerne wargi. Musiałam dosyć mocno przygryźć je podczas mego marszu skazańca.Westchnęłam i zdenerwowana ledwo stojąc na nogach podeszłam do nich i już z daleka zaczęłam się drzeć:
-Anata wa baishunpu o nani o shite imasu ka! ? Fukaina baka no jinsei! ? Anata no tame ni, kokku wa watashi ga hikari o kōkan suru hitsuyō ga!-Krzyczałam tek głośno ,że chyba mnie 5km dalej słyszeli.-Normalnie brak wyobraźni! - Dokończyłam będąc już przy nich. Wszyscy oprócz tego potrąconego spojrzeli na mnie jak na jakiegoś Ruskiego. Chociaż... w tym momencie nie miał jak na mnie patrzeć.
Miał fioletowe włosy zlepione szkarłatną cieczą, krwią. Prawdopodobnie miał stłuczoną głowę ,jednak nie było to chyba nic poważnego. Może będzie miał ją szytą. Igły. Brr... nie zazdroszczę. On...wlepił we mnie wzrok swych fiołkowych oczu i...moment...fiołkowych!? O mój boże... To nie może być...
-V-vincent?-tylko tyle zdążyłam wypowiedzieć by po chwili upaść na kolana czując czyjąś dłoń podtrzymującą mnie. Przed oczyma migały mi czarne mroczki płatając figle z obrazem. Obejrzałam się za lewe ramię by ujrzeć osobę która uratowała mnie przed powtórną randką z podłożem. Był to chłopak o nieco brytyjskiej urodzie. Butelkowo zielone oczęta mieniły się wpasowane w hebanowe włosy, niczym siatka puzzli które ktoś układał w roztargnieniu roztrzepał na wszystkie strony świata. Na nosie tkwiły okulary w jasno zielonej oprawce, przypominającej kolorem neonową zieleń. Odwróciłam od niego wzrok jak poparzona kawą, widząc karcący mą osóbkę wyraz twarzy czarnowłosego. Ja go nawet nie znam1 Nie ma prawa mnie karcić! Z resztą....Miałam ważniejszą osobę do obserwacji. Fioletowo włosy przez chwilę lustrował mnie w pół przytomnie by następnie otworzyć lekko usta i wyszeptać:
-K-kari?-Uśmiechnęłam się i nie zważając na nasilający się ból przytuliłam go niczym małe dziecko pluszowego misia. On również cierpiał ,ale widać ,że nie przejmował się tym i odwzajemnił uścisk.
Trwaliśmy tak w swych objęciach jak brat i siostra za dawnych lat gdy nagle usłyszeliśmy głos:
-Eee...skąd się znacie?-spytał ów czarnowłosy, który zdążył samym swym spojrzeniem mi podpaść.
Skąd? To mój brat kurna! Miałam ochotę wykrzyczeć tę kwestię w twarz, osobie co nam brutalnie przerwała. To że chłopak pomógł mi łaskawie ustać na nogach nic nie znaczy! No co za jełop... fioletowe włosy, Oczy... raczej nie wyglądamy na parę Muminków nie? Ja brata wieki nie widziałam a tu taki się wpierdzieli! Szczyt bezczelności! Już miałam wygłosić litanię tego co nim myślę zaopatrzoną w wiązankę przekleństw własnej roboty gdy mòj bliźniak mnie wyręczył.
-Cawthon jesteś głupi czy głupi?- Zapytał z nutą sceptyzmu. Nie mogąc się powstrzymać dodałam.
-Stawiam na głupi!- Wiem to było wredne, ale i szczera, a ja nie mam zamiaru owijać w bawełnę.
Olałam gościa i spojrzałam na brata.
-Wyliżesz się... się w gorszych tarapatach było...- Nie będę kłamać. Bywało i gorzej, i lepiej.
On wskazał na moją głowę. Ojć... nie ładnie tak paluszkiem pokazywać braciszku..
-W czymś się zgadzamy siostra..-O kurwa! Jedno słowo cisnęło mi się na usta. Kask! Ten pierdolony kask!
Dotknęłam palcem głowy. Trafiłam na metalowe podszycie kasku i... ciecz. Czerwoną ciecz. Ten cholerny kas przeciął mi skórę głowy.
-Kurna mać.- Zaklnęłam. To przez to jebane cholerstwo tak źle się czuje.Przed oczyma stanęły mi mroczki. Zajebię twórce kasków i zasad ruchu drogowego! Ciecz leciała coraz bardziej machinalnie plamiąc asfalt. Jak to kurna możliwe że jestem bardziej ranna niż on? Ja nie wytarłam łbem o asfalt!Zamknęłam oczy i powoli podążając ku objęciom Morfeusza, synchronicznie z bliźniakiem zemdlałam.
XD No.... Pisałam Ja i.... KARIŚ!!! Tak! Brawa dla nas! No następny rozdział będzie trochę... zaskakujący. XD
Siła wyparcia odrzuciła me ciało w tył nim metal zgiął się rozgrzany przez swą prędkość. W naturalnym odruchu chwyciłam się za tryskające fontanną bólu ramię które wystawało z rozdartej kurtki oraz koszulki. Metaliczny posmak krwi zdał się wyczuwalny dla mych kubków smakowych, przez co splunęłam automatycznie w bok. Serce przyspieszyło niczym werbelek podczas marszu piechoty. Adrenalina mieszała się z krwią w nie korzystną dla mnie substancję powodującą głębokie ruszenie w mym organizmie. Chęć do działania czy ataku przyćmiła mą wolną wolę. Kto wchodzi w taki sposób na jezdnię? Temu debilowi coś mogło się stać!To tylko ramię... zagoi się. Jednak gdy tknęłam palcem zaognionej ranki syknęłam jadowicie.Ale jemu mogło się stać coś gorszego! Jeśli coś sobie zrobił... to ja nie wiem czy sobie to wybaczę. Chociaż... tak. To w końcu nie moja wina. Gdzie on ma głowę?! Przekręciłam głowę tak by mieć dokładny wgląd na jego osobę. Siła zderzenia odrzuciła go tak daleko że był rozmazaną, fioletową plamką na widnokręgu. Głęboko westchnąwszy obróciłam się na brzuch i z jednym ramieniem próbowałam wstać co poskutkowało ponownym rozpłaszczeniem się na tafli asfaltu. Cholera! Nie pozostało mi nic innego jak czołgać się w jego stronę do momentu gdy ból przestanie być natarczywy. Do czego to doszło? Ja czołgać? Nie będę się tak poniżać dla jakiegoś ślepego debila! Plamy oznaczające jego znajomych otoczyły go ciasnym pół okręgiem. Łańcuszkiem. Przezwyciężywszy w końcu ból podniosłam się z czarnego jak smoła asfaltu którego drobinki starły mi ręce. Wyglądałam jak dziecko wojny żywcem porwane z serialu The Walking Dead. Moje wargi zamknęły się w żelaznym uścisku a zęby tarły o siebie utożsamiając potworny bòl targający mą istotą. Ciepła substancja wpłynęła na mój język. Krew. Moja słodka krew. Cholerne wargi. Musiałam dosyć mocno przygryźć je podczas mego marszu skazańca.Westchnęłam i zdenerwowana ledwo stojąc na nogach podeszłam do nich i już z daleka zaczęłam się drzeć:
-Anata wa baishunpu o nani o shite imasu ka! ? Fukaina baka no jinsei! ? Anata no tame ni, kokku wa watashi ga hikari o kōkan suru hitsuyō ga!-Krzyczałam tek głośno ,że chyba mnie 5km dalej słyszeli.-Normalnie brak wyobraźni! - Dokończyłam będąc już przy nich. Wszyscy oprócz tego potrąconego spojrzeli na mnie jak na jakiegoś Ruskiego. Chociaż... w tym momencie nie miał jak na mnie patrzeć.
Miał fioletowe włosy zlepione szkarłatną cieczą, krwią. Prawdopodobnie miał stłuczoną głowę ,jednak nie było to chyba nic poważnego. Może będzie miał ją szytą. Igły. Brr... nie zazdroszczę. On...wlepił we mnie wzrok swych fiołkowych oczu i...moment...fiołkowych!? O mój boże... To nie może być...
-V-vincent?-tylko tyle zdążyłam wypowiedzieć by po chwili upaść na kolana czując czyjąś dłoń podtrzymującą mnie. Przed oczyma migały mi czarne mroczki płatając figle z obrazem. Obejrzałam się za lewe ramię by ujrzeć osobę która uratowała mnie przed powtórną randką z podłożem. Był to chłopak o nieco brytyjskiej urodzie. Butelkowo zielone oczęta mieniły się wpasowane w hebanowe włosy, niczym siatka puzzli które ktoś układał w roztargnieniu roztrzepał na wszystkie strony świata. Na nosie tkwiły okulary w jasno zielonej oprawce, przypominającej kolorem neonową zieleń. Odwróciłam od niego wzrok jak poparzona kawą, widząc karcący mą osóbkę wyraz twarzy czarnowłosego. Ja go nawet nie znam1 Nie ma prawa mnie karcić! Z resztą....Miałam ważniejszą osobę do obserwacji. Fioletowo włosy przez chwilę lustrował mnie w pół przytomnie by następnie otworzyć lekko usta i wyszeptać:
-K-kari?-Uśmiechnęłam się i nie zważając na nasilający się ból przytuliłam go niczym małe dziecko pluszowego misia. On również cierpiał ,ale widać ,że nie przejmował się tym i odwzajemnił uścisk.
Trwaliśmy tak w swych objęciach jak brat i siostra za dawnych lat gdy nagle usłyszeliśmy głos:
-Eee...skąd się znacie?-spytał ów czarnowłosy, który zdążył samym swym spojrzeniem mi podpaść.
Skąd? To mój brat kurna! Miałam ochotę wykrzyczeć tę kwestię w twarz, osobie co nam brutalnie przerwała. To że chłopak pomógł mi łaskawie ustać na nogach nic nie znaczy! No co za jełop... fioletowe włosy, Oczy... raczej nie wyglądamy na parę Muminków nie? Ja brata wieki nie widziałam a tu taki się wpierdzieli! Szczyt bezczelności! Już miałam wygłosić litanię tego co nim myślę zaopatrzoną w wiązankę przekleństw własnej roboty gdy mòj bliźniak mnie wyręczył.
-Cawthon jesteś głupi czy głupi?- Zapytał z nutą sceptyzmu. Nie mogąc się powstrzymać dodałam.
-Stawiam na głupi!- Wiem to było wredne, ale i szczera, a ja nie mam zamiaru owijać w bawełnę.
Olałam gościa i spojrzałam na brata.
-Wyliżesz się... się w gorszych tarapatach było...- Nie będę kłamać. Bywało i gorzej, i lepiej.
On wskazał na moją głowę. Ojć... nie ładnie tak paluszkiem pokazywać braciszku..
-W czymś się zgadzamy siostra..-O kurwa! Jedno słowo cisnęło mi się na usta. Kask! Ten pierdolony kask!
Dotknęłam palcem głowy. Trafiłam na metalowe podszycie kasku i... ciecz. Czerwoną ciecz. Ten cholerny kas przeciął mi skórę głowy.
-Kurna mać.- Zaklnęłam. To przez to jebane cholerstwo tak źle się czuje.Przed oczyma stanęły mi mroczki. Zajebię twórce kasków i zasad ruchu drogowego! Ciecz leciała coraz bardziej machinalnie plamiąc asfalt. Jak to kurna możliwe że jestem bardziej ranna niż on? Ja nie wytarłam łbem o asfalt!Zamknęłam oczy i powoli podążając ku objęciom Morfeusza, synchronicznie z bliźniakiem zemdlałam.
XD No.... Pisałam Ja i.... KARIŚ!!! Tak! Brawa dla nas! No następny rozdział będzie trochę... zaskakujący. XD
Łapecka w górę! :D
OdpowiedzUsuńDzenki Agony *-* eee... Kari współ twórca też pewnie dziękuje.
OdpowiedzUsuńFenk ju weri macz Agony xD
OdpowiedzUsuńBidny Vinc... ;~;
OdpowiedzUsuńi Kari oczywiście X'DD
... Chyba jestem tym razem w dobrym miejscu ... No nie bateria pada! * Wyciąga baterię i przeciąga ją kilka razy po spodniach, telefon 10 + energi * niezawodne xD
OdpowiedzUsuńxD Carmel.... szybki refleks
OdpowiedzUsuń