wtorek, 19 kwietnia 2016

~Poszukajmy Tori i... Karina?!~


"Gdy życie da ci z liścia w twarz. 
Uśmiechnij się z politowaniem i powiedz
~Bijesz się jak ciota." 

Per. Karina

Zielone i brązowe barwy i kształty budynków zlewały się w jedno pod szybką mojego kasku motocyklowego. Oczywiście roztaczał on delikatny kolor fioletu z czarnymi akcentami. Co za idiota wymyślił te kaski? Nawet jakbym w nim jechała to mogę mieć wypadek więc różnicy nie ma! Z resztą, wypadki są fajne. Takie... ekscytujące. Moje długie, proste włosy w odcieniu bzu z pasemkami w odcieniu klonowej kory opadającymi na ramiona i na czarną skórzaną kurtkę przypisywaną motocyklistom. Mój pojazd, a dokładniej motor to srebrno, czarny harley z fiołkowymi dodatkami. Czarne glany opierały się o pedał gazu tak jakby były tam dopasowane. Czarne leginsy, biała koszula a na tym kurtka. Włosy spięte w niechlujny kucyk. Tak moja osoba się prezentuje w owym momencie. Ech...Pięć lat minęło od mojego zniknięcia. Miałam już dość. Dość tego wszystkiego. Codziennie słyszałam od niego tę sama sekwencję.~Chcesz być jak ona? Jesteś słaba, bezsilna i ŻAŁOSNA! Z Vicky był dumny. Właściwie z powodu jej nie wyparzonego pyska. Dziewczyna mówi to co ślina przyniesie jej na język. 

 "Nie zostałam stworzona by być miła. Jestem jaka jestem
 i się z tym pogódź.- Powiedziała przyciskając mu sztylet do szyi. "

~Percy Jakson Zgubiony Heros

Nie wiem co stało się po mojej ucieczce, nie wierzę jednak by coś mogło im  się stać. Są na to zbyt... sprytni. Jednak teraz jestem już pełnoletnia. Mogę wrócić. Pytanie tylko...czy ich odnajdę...Czy odnajdę moje rodzeństwo? Czy ich poznam. Czy oni rozpoznają mnie? Nie wiem co się z nimi działo przez ten czas jednak muszę , muszę jakoś ich odszukać. Tyle lat. Tyle czasu a tak nie wiele się zmieniło. Te same budynki tylko w kolorowej oprawce, nie zmienni szarzy ludzie jak tło które nas otacza. Każdy z nich ma swoje życie które dla mnie nie ma znaczenia.  Lecz wszystko ma swoją cenę, prawda? Z nie skrywaną ironią przyznam iż mój umysł skupił się na porównaniach mojego rodzimego miasta z wzrastającą w technice Japonią.
Przejeżdżałam właśnie niedaleko jakiegoś opuszczonego  szpitala gdy wtem....

Per. Vincent


Większość z obecnych na imprezie było już nie przytomnych przez zbyt dużą ilość  alkoholu we krwi. Z doświadczenia wiem że nie należy to potem do najprzyjemniejszych, t tak jakby ktoś założył na nas pokutę za spożywanie napojów wyskokowych.Jedyną osobą na tyle trzeźwą by ocenić swymi bystrymi oczyma sytuację była Lulu, której również się przysnęło. Jedynymi, którzy jeszcze stali w miarę pewnie na nogach był Scott ,Jeremy ,Mike oraz ja.  Spojrzałem po swych towarzyszach  i stwierdziłem, że nigdzie nie ma śladu dość pyskatych ustek pewnej istotki. Cholera. Łeb mi pęka. No tej...tej Tori. Heh...a tak w ogóle to teraz jeśli o niej pomyślę ,przypomina mi się moja siostra...Victoria.... Ona był dość.... oryginalną osobą. Ale jej już nie ma. Pogodziłem się ze stratą drugiej z sióstr....Chyba. Ale z resztą... to przecież niemożliwe! Prawda? Szturchnąłem szatyna łokciem.
 -Mike, gdzie Victoria?-spytałem sprawiając wrażenie jakby w cale nie interesowały mnie obecne losy czarnowłosej. Skąd wiem że ma czarne włosy? Nawet w ciemności słaby odcień włosów się wyróżnia, chyba że jest czarny. Nie mam bladego pojęcia co z jej końcówkami czy tymi... pasemkami. One w porównaniu do resztą fryzury fosforyzowały. Chłopak popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem i rozejrzał się po chwili na jego twarz wszedł diabelski uśmiech. 
-Nie wiem ,ale brak tej niewychowanej osóbki jest dla mnie wybawieniem.-stwierdził. Pokręciłem głową i westchnąłem. Mnie osobiście przypadł do gustu jej charakterek, nie wiadomo czy to rebels czy po prostu jest wredna, jak dla mnie bez różnicy. Z niewiadomych przyczyn czułem do dziewczyny  jakieś dziwne przywiązanie. 
-Nie wiem jak ty ,ale ja idę jej szukać. Jeremy ,Scott ,Lulu , idziecie ze mną?-zapytałem głosem nie znoszącym sprzeciwu. Lulu podniosłą swą brązowowłosą główkę i odparła swym naturalnym głosem.
 -No raczej że idę mój drogi przyjacielu.-Czy wyczułem w tym zdaniu nutę ironii?- Ktoś musi pilnować byście się nie pozabijali po drodze....- Zmierzyła mnie podstępnym spojrzeniem, heh...no co?. Oczywiście ty się to tego najlepiej nadajesz.~Pomyślałem.
 -A co jak oni się obudzą?- Zapytał czarnowłosy  pokazując palcem na śpiące osoby. Przewróciłem teatralnie oczyma.
-Jak to co? To proste! Sprzątaczek nie musimy szukać!- Oznajmiła pogodnie dziewczyna, uśmiechając się diabelsko. Czasem się zastanawiam czy się jej bać czy nie.... Po namyśle zwycięża druga opcja.
 Przerażony -jak zwykle -Jeremy spojrzał na mnie jak na przybysza z kosmosu.
 -Wwwyjść? -Wymamrotał.-Mmoże?
 -Morze jest szerokie i głębokie.- Oznajmiłem.- Jeśli nie pójdziesz dobrowolnie zawsze możemy cię uderzyć, strasz przytomność, my cię obezwładnimy i wyniesiemy stąd.- Uśmiechnąłem się diabelsko- Na twoim miejscu wybrałbym dobrowolne opuszczenie tego lokalu. 
 -A może do niej zadzwonimy? Na... takie magiczne urządzonko zwane telefonem?- Przewróciłem oczyma,  czarnowłosy miał taki ciekawy wyraz twarzy. Naiwniak. Ja bym telefon na jej miejscu wyłączył albo przerzucił na automatyczną sekretarkę. Cawthon znów wierzy w magię telefonów, kto by się spodziewał? Bo one mogą wszystko załatwić.
-No pewnie! Oznajmiłem z toną ironii.
-Naprawdę?-Zapytał naiwnie jak małe dziecko. 
-Nie.- Zniszczyłem jego nadzieję. 
-No dobra mięśnie, dajcie myśleć mózgowi.- Oznajmiła Lulu przerywając tę "Cudowną" konwersację.- Możemy użyć GPS'a, nie?- O rany. Że też o tym nie pomyślałem.- Masz takie apki na telefonie prawda, Scott?-Nim ja lub on zdążyliśmy jej odpowiedzieć, sama doszła do logicznego wniosku.-Po co ja takie głupie pytana zadaję? No raczej że masz. -Gdy wszyscy zgodzili się na wyjście, chcąc czy nie chcąc włączyliśmy GPS'a i namierzaliśmy jej telefon. Heh... no kto by się spodziewał że to może się udać!

Per. Karina


-毒通り。彼らは木を見るようにタイヤが博士ペンギンアスファルト、心臓発作が死んでしまいます。ねえ!ジュリアン、ジュリアン彼は岩のように硬いです。私たちは、あなたがガスを押す必要があり、少し遅すぎる女性のつもりです!- Śpiewałam wkładając w to całe serce. Nawet nie zerkałam na drogę... Po co mi to? Jestem perfekcyjnym kierowcą! I niech nikt w to nie wątpi! Moja wymyślna melodia łaskotała powietrze w całkowitym sensie tego wyrażenia. Po raz pierwszy w swym życiu nie przewidziałam pewnego problemu który niespodziewanie wyskoczył na mą drogę. Moja lekka główka była tak zafrasowana melodią że nie zwróciła najmniejszej uwagi na krzyki kompanów mojego problemu. Stłuczka. Zderzenia. Wypadek. Może przedstawię to nieco jaśniej? Oczywiście jako że moja osoba z natury jest z regułami na bakier zdążyłam złamać tysiące zasad dotyczących ruchu ulicznego. Po co ktoś je w ogóle wymyślał? Jeszcze go główka od tego rozbolała! Nie ja pierwsza i ostatnia je łamię. Fiołkowe włosy wzbogacone w miedziane pasemka uparcie wychodziły poza obręb kasku i zasłaniały mój widnokrąg. Cholerne włosy! A specjalnie je upinałam! Ludzie świat mnie chyba nie kocha. Za to efekt był.... porażający. To jak jazda na rowerze bez trzymanki tylko w tym wypadku nie umyślna. Maszyna dumnie wymrukiwała swój rytm a także dodatkowe maszynowe stacatto. To muzyka dla moich uszu, oplatana w lekko fałszywe bo wibrowane przez nie równą na jezdnię dźwięki mego głosu. Moja głowa bujała się w rytm melodii wydobywającej się z krtani. Czas pędził tak szybko jak ja mknęłam szosą. Tik, tak, tik, tak. I tak brnęłam tą drogą nie zważając na nic dookoła co okazało się błędem. Po chwili usłyszałam jakieś donośne krzyki nawołujące do mego zatrzymania, a także zatrzymania istoty która weszła w obręb rażenia koła mego motoru. Otworzyłam me jeszcze do niedawna przymknięte oczy i spostrzegłam ,iż na drodze kilkanaście metrów przede mną potknął się jakiś chłopak. No rany boskie, ja tu pasów nie widzę, a on? Pechowo dla jego osoby  nie zdążyłam wyhamować. Jego zapewne przyjaciele krzyczeli mu by się odsunął, co by się udało gdyby nie to że mój motor rozpędzony był ponad 200km na godzinę. Pomimo usilnych starań i hamowań zderzenie było nieuniknione. Maszyna przerzuciła swą masę ciała na prawy bok razem z mą osobą. A pisk metalu przeszył eter,  mieszając się z zapachem palonej gumy. Idealny lakier zdarł się podczas konfrontacji z asfaltem co zapewne poskutkuje dużymi ubytkami w moich oszczędnościach.
Siła wyparcia odrzuciła me ciało w tył nim metal zgiął się rozgrzany przez swą prędkość. W naturalnym odruchu chwyciłam się za tryskające fontanną bólu ramię które wystawało z rozdartej kurtki oraz koszulki. Metaliczny posmak krwi zdał się wyczuwalny dla mych kubków smakowych, przez co splunęłam automatycznie w bok. Serce przyspieszyło niczym werbelek podczas marszu piechoty. Adrenalina mieszała się z krwią w nie korzystną dla mnie substancję powodującą głębokie ruszenie w mym organizmie. Chęć do działania czy ataku przyćmiła mą wolną wolę. Kto wchodzi w taki sposób na jezdnię? Temu debilowi coś mogło się stać!To tylko ramię... zagoi się. Jednak gdy tknęłam palcem zaognionej ranki syknęłam jadowicie.Ale jemu mogło się stać coś gorszego! Jeśli coś sobie zrobił... to ja nie wiem czy sobie to wybaczę. Chociaż... tak. To w końcu nie moja wina. Gdzie on ma głowę?! Przekręciłam głowę tak by mieć dokładny wgląd na jego osobę. Siła zderzenia odrzuciła go tak daleko że był rozmazaną, fioletową plamką na widnokręgu. Głęboko westchnąwszy obróciłam się na brzuch i z jednym ramieniem próbowałam wstać co poskutkowało ponownym rozpłaszczeniem się na tafli asfaltu. Cholera! Nie pozostało mi nic innego jak czołgać się w jego stronę do momentu gdy ból przestanie być natarczywy. Do czego to doszło? Ja czołgać? Nie będę się tak poniżać dla jakiegoś ślepego debila! Plamy oznaczające jego znajomych otoczyły go ciasnym pół okręgiem. Łańcuszkiem. Przezwyciężywszy w końcu ból podniosłam się z czarnego jak smoła asfaltu którego drobinki starły mi ręce. Wyglądałam jak dziecko wojny żywcem porwane z serialu The Walking Dead. Moje wargi zamknęły się w żelaznym uścisku a zęby tarły o siebie utożsamiając potworny bòl targający mą istotą. Ciepła substancja wpłynęła na mój język. Krew. Moja słodka krew. Cholerne wargi. Musiałam dosyć mocno przygryźć je podczas mego marszu skazańca.Westchnęłam i zdenerwowana ledwo stojąc na nogach podeszłam do nich i już z daleka zaczęłam się drzeć:
 -Anata wa baishunpu o nani o shite imasu ka! ? Fukaina baka no jinsei! ? Anata no tame ni, kokku wa watashi ga hikari o kōkan suru hitsuyō ga!-Krzyczałam tek głośno ,że chyba mnie 5km dalej słyszeli.-Normalnie brak wyobraźni! - Dokończyłam będąc już przy nich. Wszyscy oprócz tego potrąconego spojrzeli na mnie jak na jakiegoś Ruskiego. Chociaż... w tym momencie nie miał jak na mnie patrzeć.
Miał fioletowe włosy zlepione szkarłatną cieczą,  krwią. Prawdopodobnie miał stłuczoną głowę ,jednak nie było to chyba nic poważnego. Może będzie miał ją szytą. Igły. Brr... nie zazdroszczę. On...wlepił we mnie wzrok swych fiołkowych oczu i...moment...fiołkowych!? O mój boże... To nie może być...
-V-vincent?-tylko tyle zdążyłam wypowiedzieć by po chwili upaść na kolana czując czyjąś dłoń podtrzymującą mnie. Przed oczyma migały mi czarne mroczki płatając figle z obrazem. Obejrzałam się za lewe ramię by ujrzeć osobę która uratowała mnie przed powtórną randką z podłożem. Był to chłopak  o nieco brytyjskiej urodzie. Butelkowo zielone oczęta mieniły się wpasowane w hebanowe włosy, niczym siatka puzzli które ktoś układał w roztargnieniu roztrzepał na wszystkie strony świata. Na nosie tkwiły okulary w jasno zielonej oprawce, przypominającej kolorem neonową zieleń. Odwróciłam od niego wzrok jak poparzona kawą,  widząc karcący mą osóbkę wyraz twarzy czarnowłosego. Ja go nawet nie znam1 Nie ma prawa mnie karcić! Z resztą....Miałam  ważniejszą osobę do obserwacji. Fioletowo włosy przez chwilę lustrował mnie w pół przytomnie by następnie otworzyć lekko usta i wyszeptać:
 -K-kari?-Uśmiechnęłam się i nie zważając na nasilający się  ból przytuliłam go niczym małe dziecko pluszowego misia.  On również cierpiał ,ale widać ,że nie przejmował się tym i odwzajemnił uścisk.
Trwaliśmy tak w swych objęciach jak brat i siostra za dawnych lat  gdy nagle usłyszeliśmy głos:
 -Eee...skąd się znacie?-spytał ów czarnowłosy, który zdążył samym swym spojrzeniem mi podpaść.
Skąd? To mój brat kurna! Miałam ochotę wykrzyczeć tę kwestię  w twarz, osobie co nam brutalnie przerwała.  To że chłopak  pomógł mi łaskawie ustać na nogach nic nie znaczy! No co za jełop... fioletowe włosy, Oczy... raczej nie wyglądamy na parę Muminków nie? Ja brata wieki nie widziałam a tu taki się wpierdzieli! Szczyt bezczelności!  Już miałam wygłosić litanię tego co nim myślę zaopatrzoną w wiązankę przekleństw własnej roboty gdy mòj bliźniak mnie wyręczył.
 -Cawthon jesteś głupi czy głupi?- Zapytał z nutą sceptyzmu. Nie mogąc się powstrzymać dodałam.
 -Stawiam na głupi!- Wiem to było wredne, ale i szczera, a ja nie mam zamiaru owijać w bawełnę.
Olałam gościa i spojrzałam na brata.
 -Wyliżesz się... się w gorszych tarapatach było...- Nie będę kłamać. Bywało i gorzej, i lepiej.
On wskazał na moją głowę. Ojć... nie ładnie tak paluszkiem pokazywać braciszku..
-W czymś się zgadzamy siostra..-O kurwa! Jedno słowo cisnęło mi się na usta. Kask! Ten pierdolony kask!
 Dotknęłam palcem głowy. Trafiłam na metalowe podszycie kasku i... ciecz. Czerwoną ciecz. Ten cholerny kas przeciął mi skórę głowy. 
-Kurna mać.- Zaklnęłam. To przez to jebane cholerstwo tak źle się czuje.Przed oczyma stanęły mi mroczki. Zajebię twórce kasków i zasad ruchu drogowego! Ciecz leciała coraz bardziej machinalnie plamiąc asfalt. Jak to kurna możliwe że jestem bardziej ranna niż on? Ja nie wytarłam łbem o asfalt!Zamknęłam oczy i powoli podążając ku objęciom Morfeusza, synchronicznie z bliźniakiem zemdlałam. 


XD No.... Pisałam Ja i.... KARIŚ!!! Tak! Brawa dla nas! No następny rozdział  będzie trochę... zaskakujący. XD

piątek, 15 kwietnia 2016

~Zagubione wspomnienie....~

 "Ludzie robią ze swojego życia 
wieczny bal przebierańców. 
Cały czas udają innych i skrywają
wszystkie emocje pod maską.
Niestety....  ja też". 

Per. Tori
Spokój i harmonia panują najczęściej w miejscach opuszczonych przez świat. W miejscach znaczonych krwią przez los. Moim miejscem wyciszenia był opuszczony szpital, miejsce nawiedzone przez słowa innych. Nikt nie śmiał mi tu przeszkodzić w rozmyślaniu nad błędnym kołem swego marnego losu. Trzy piętrowy, szary, nijaki budynek z mroczną aurą owity w ciemne tajemnice.Powybijane okna, dziwne zjawiska, jak zmiany rozmieszczeń firanek. Zdemolowane piwnice..... Piętra pod nimi wysłane małym cmentarzykiem. Im wyższe piętra tym czyściej. Sprzęt lekarski leży w zawieszeniu, jakby zostawiony w pośpiechu. Im na dół tym straszniej. Zdewastowane, zdemolowane. Czarna dziura pochłonęła jedną z dolnych łazienek, gdzie drzwi wyważono i stoją w strzępach. Tyle dusz... błąkało się tu po nocach strasząc inne istoty żywe. Ale... mnie chyba lubią. Przychodzę tu zawsze wsłuchując się w śmiechy dziecięcych, zbłąkanych duszyczek, które rozpaczliwie błagały o wolność w odmętach czasu. Szpital ten wybudowano przed wojną więc możecie sobie wyobrazić co mogło się tu dziać. Opiszę wam jak tu się dostałam. Od tej pizzerii nie było tu daleko, ledwie kilka ulic. Spokojnym, miarowym krokiem zbliżałam się do owego miejsca. Ciemność nie kole bowiem w oczy istoty swego pokroju. W ciemności można się skryć, więc ciemność jest za pan brat. Na mej hebanowej główce tkwił kaptur niczym nie odłączny element stroju. Ręce miałam w kieszeni i dziarskim krokiem parłam przed siebie trzymając dłoń na rączce noża. Aż nie stanęłam pod ogromnym budynkiem. Może opiszę go z większą precyzją. Wiecie jak wygląda kąt prosty? Taki był ten budynek. Dwa prostopadłościany zlepione ze sobą rogami. Na "ostrej części kąta" były główne drzwi. Obecnie zabite szczelnymi deskami, czy raczej dechami. Ale na "drugich końcach" tego budynku były metalowe bramy zawiązane niedbałym łańcuchem. Tylne drzwi otwarte, tak że łatwo przez  nie przejść. Schody. Zazwyczaj gnieździłam się na drugim pietrze gdzie znajdował się opuszczony oddział dziecięcy. Prąd był. Bo miasto bało się odłączyć stare przewody powodując przy tym "może" nieodwracalne zniszczenia sieci elektrycznej. Stoją tu nawet stare komputery! Jakby czas zastygł w miejscu. Na trzecim pietrze znajdował się oddział zakaźny. Powiem szczerze. Kocham opuszczone i znienawidzone przez świat ludzki miejsca. Siedziałam w jednej ze szpitalnych sali z dziecięcymi emblematami. Troszkę tu odnowiłam bo często tu przychodzę. Czarna pościeli i poduszka z fioletowymi emblematami rysowana przeze mnie specjalnym fiołkowym markerem które można załatwić w specjalnych sklepach. Przenośny notebook na kolanach, słuchawki na uszach. Nie jest tu zimno, ponieważ dzięki sprytowi udało mi się uszczelnić okna i ucharakteryzować je tak aby z zewnątrz wyglądały na wybite. Położyłam się na delikatnym materiale pościeli i zanurzyłam się w wodospadzie wspomnień. Próbowałam wyłowić takie w którym była nasza trójka i było dość.... szczęśliwe.

Lekcja. Samo to słowo wydaje się nudne i nużące. Historia. To słowo było troszkę bardziej  ciekawe. Siedziałam w ostatniej ławce razem ze swoją bliźniaczą siostrą. Kariną. Różnica między nami była dość łatwa do zauważenia. Kari miała długie, fioletowe włosy z brązowymi pasemkami. Były lekko falowane w porównaniu do moich "prawie" loków. Moje były bardzo kręcone, takie... pukielki. I w naszym charakterze była ogromna różnica. Była.... lekko szurnięta. A wręcz bardzo szurnięta. 
Ubrana była po swojemu, jednak jak każdy musiała mieć fragment mundurku. Więc miała czarną spódnicę z wysokimi czarnymi podkolanówkami.  Pod purpurowym swetrem miała czerwoną bluzkę, całą kreację uwieńczał scyzoryk u boku spódniczki i purpurowe bolerko na ramionach. Nie trudno więc się domyślić że to nasz ulubiony kolor. Owa istotka właśnie zajmowała swe wątłe dłonie konstrukcją doskonałego samolocika z papieru. Choć chodzimy do tej samej klasy, niektóre lekcje mamy oddzielnie. Podejrzewam że to ze względu na bezpieczeństwo innych. Vinc obecnie nie ma z nami historii i o ile mój umysł nie płata figli ma angielski. Powiem tyle. Orłami z nauki to my nie jesteśmy a i tak cała szkoła nas zna. Kari przemówiła do mnie spokojnym i miarowym głosem.
-Vick... a wiesz że nasz kochany braciszek czerwienił się na widok nowej?- Ta jasne. A mrówki są różowe.-Mówię powarznie!
-To mamy jakąś nową? Trzeba ją hucznie przywitać!- Oznajmiłam z psychicznym uśmieszkiem rozciągającym swe ramiona na długości całej mej twarzy. 
-O to swoją drogą. Ale Vincent ją pewnie sam przywita.- Zachichotałyśmy tak jakbyśmy były dwiema najlepszymi kupelami. 
-Jak się to nazywa?- Zapytałam.
-Em... Jakoś tak coś z mitologi?- Spojrzałam na nią jak na barana. 
-- Mitologi?! Co kurde jakaś Medea?- Spojrzała na mnie ja na przybysza z kosmosu.
-To jakaś marka kosmetyków?-Westchnęłam.
-Nie było tematu.- Kari chciała coś dodać lecz tubalny głos belferki przywrócił ją do rzeczywistości. Pani Young była niską, pyzatą nauczycielką, która zapominała prawie o wszystkim. Jej figura przypominała kształtem gruszkę, a rzadkie siwe włosy splecione miała w dwa warkocze po bokach, co było.... dziwne. Wbrew nazwiska miała około 50. Tak stawiam. Na jej lekcjach zawsze była beka, zwłaszcza jeśli chodzi o naszą trójkę. 
-Karino. Powiedz nam proszę coś o bitwie pod Waterloo.- Będzie jazda. Zdążyła mi tylko przybić żółwika gdy do klasy weszła sekretarka z jakąś dziewczyną. To zapewne ta nowa. Miała długie karmelowe włosy, lekko kręcone i nijakie oczy. Mieniły się niczym kalejdoskop przy wodospadzie ciemnych rzęs, które raczej nie były zasługą tuszu do rzęs. Ubrana była w czarne leginsy i białą koszulkę "nietoperka" z naszyjnikiem przedstawiającym turkus. Włosy miała rozpuszczone i łagodnie opadały na jej ramiona. 
-Przepraszam. Przyprowadziłam nową uczennicę. Przeprowadziła się do nas z Las Vegas. Luce Rovllens.  Mam nadzieję że się zaprzyjaźnicie.- No raczej. Nie wiem czemu kobieta zmierzyła wzrokiem akurat mnie i Kari (XD). Kobieta wymówiwszy te nie poprawne równoważniki zdań wyszła. Dziewczyna powolnym krokiem ruszyła do jedynej wolnej ławki. Za nami. Fuck. Heheh ma peszka. 
-No to Kari... co z ta bitwą?- Zapytała delikatnie. 
-No więc prze pani.- Kari wstała i usiadła na rogu ławki zakładając nogę na nogę. Przyznam iż włączyłam dyktafon by puścić to potem braciszkowi. Niech ma też trochę Fun'u, nie?- Bitwa ta odbyła się pod Waterloo. To taki skrót. W akcie teatralnej, energicznej reakcji logicznej z. o. o. Tylko się "Z" zgubiło. W tej wojnie brał udział... na ten... Stalin i ten.... Benedykt 16? Oni ten.... dopingowali innym drużynom na euro 2016 i wybuchła wojna bo... ten Madryt wygrał z... Austrią? A nie... z Amsterdamem. I Isis się dołączyli! Tak. I bum! Z Empire State Bulding! -I wstała przechadzając się po klasie. Nachyliła się nad biurkiem nauczycielki zabierając jedną babeczkę z śniadaniówki kobiety.- Mogę? Muszę se poziom insuliny podnieść.- Zaczęła chrupać. - No. Jako że Stalinowi zabrakło Amunicji na.... tym no wojnie domowej. Zaprosił anglików i Muminki. Tak! Muminki z Małą Mi na czele! Ona sypała takimi tekstami że natychmiast wygrali. Zakończyło się założeniem unii Europejskiej!- Jak ja się ryłam po kryjomu. Szkoda że zadzwonił dzwonek i nie wiedziałam miny belferki (XDD). O matko.....Jprd.... Kari ukłoniła się na koniec i wróciła do ławki spakować swe rzeczy do plecaka. Jednak zaczepiła ją ta nowa Lucy.
-Emm.... Ale.... to... było..... łał.- Oznajmiła mierząc się z ognistym spojrzeniem Kari. Wytaszczyłam ją z sali nim rzuciła się na dziewczynę i z niewiadomych mi przyczyn wydłubała jej oczy. Opanowała się z trudem gdy chlustnęłam jej wodą w twarz, w toalecie damskiej nie daleko naszych szafek. Jej fiołkowe włosy lepiły się do twarzy razem z brązowymi pasmami. Czarne oczka wróciły do swego fiołkowego odcienia. Świetnie. 
-To... co teraz mamy?- Zapytałam nim zaczęła mówić jaka to żmija będzie z nami uczęszczać do klasy. Rozpogodziła się.
-Cheeeeeemięęęęęęę....-Wydłużyła. Obie wiemy co to znaczy. Probówki, denaturat, żrące substancje, ogień.... itp. Czyli wybuch pewien na 99%.- Cała nasza trójka.- Zajebiście. Jeszcze Vinc się z nami pobawi. 
-A właśnie.... gdzie go wywiało?- Wzruszyła ramionami. Westchnęłam.-To go poszukajmy. - Wyszłyśmy z damskiej mijając trzy z pięciu korytarz. Znalazłyśmy go gdy zamykał jedną szafkę. Pragnę napomknąć. Coś, czy raczej uwięziony w niej ktoś walił zacięcie w drzwiczki gdy ten się śmiał. Fioletowe włosy spływały mu na ramiona jak wodospad, gdy jego oczy i uśmiech przybrały psychiczną nutę. Czy tylko ja nie miałam jeszcze dziś fazy psycho? Pff. Jeszcze nie dawno każde z nas miało włosy w odcieniu brązu. Teraz, miast być trójką szatynów, mamy fioletowe włosy. Opierał się plecami o szafkę. Miał czarne rurki, Air Maxy na nogach i ulubioną fioletową koszulę. Szkolny emblemat jak to mówi "Wali". Tak to zadecydowanie Vincent Purple. Debil spokrewniony ze mną. 
-Vincent!- Krzyknęła dziewczyna.- Co robisz?- Głupie pytanie. 
-Nie widzisz że pomagam....- Uderzył w szafkę.- Jak ci na imię pierwszaczku? Z resztą? Kogo to obchodzi....No chłopczyk nie wie czy ma ten no... Tori jak to się nazywa...
-Klaustrofobię.
-No właśnie! Nie wie czy ma klaustrofobię więc pomagam mu sprawdzić.
-Ratunku!- Ktoś znów walił w szafkę. - Pomóżcie!- No można się zabawić. Braciszek jakby czytał mi w myślach. Podeszłam do szafki i oparłam o nią moim glanem. Odparłam przesłodzonym głosikiem.
Oh nie martw się... zaraz cię uwolnimy...
-Nnnaprrawdę? -  Zapytał przez łzy.  Kari zrozumiałą o co biega. 
-Oczywiście złotko.- Jakie nie szczere.- Powiedz.... masz klaustrofobię?
-Tttak.
-Nasz braciszek pomaga ci ją pokonać. - Oznajmiłam. (Ciekawostka wiecie kim jest Tori? Jej drugie imię  brzmi Violet ^^ Hehehe)- To takie....
-Antystresowe wychowanie!- Vincent strzelił facepalma. 
-Kari jak ty coś powiesz....- Oznajmiłam. Zablokowaliśmy szafkę i ruszyliśmy w stronę sali chemii. 
-Przepraszam?- Głos zagadnął nas od tyło. To była ta Luce. Mojego brata chyba zamurowało. Ogarnął dziewczynę z dołu do góry. Oho. Zabuuuujał się. Potem go podręczę. -To.... wy jesteście Vinc, Kari i Vicky?
-Nie.- Oznajmiła Kari.- Jesteśmy trzy świnki, a na kogo ci wyglądamy?- Zagadnęła chamsko. 
-Jestem Vincent.- Romeo się przedstawił.
-Luce. - Oznajmiła.- To prawda że słynne trojaczki wszystkich rostawiają po kątach?
-No...
-Tak.- Oznajmiła hardo Kari.- Więc jeśli nie chcesz przekonać się gdzie twoje miejsce suń się.- Przeszła obok niej popychając na ścianę. I nie wiem co by było dalej gdyby nie dzwonek...

Tak. TO dobre wspomnienie. Założyłam słuchawki i... zasnęłam.

No... Kari!!!! Przez cb rozdzielam to na dwoje. Heh.... w następnym rozdziale wielkie poszukiwania Tori. Czy ją znajdą? Dlaczego zacznie pracować w pizzerii? Czy ciota wejdzie do opuszczonego szpitala???  XDDDD Heheheh

środa, 13 kwietnia 2016

~Po co ja tu przyszłam?...~

" Czym jest życie? Jeżeli nie  kłamstwem utkanym dla bez myślnych marionetek 
jakimi jesteśmy, przez sam los?"

Per.Mike

Przełknąłem wielką gulę w gardle. Najgorsze przed nami. Przedstawianie tej.... introwertyczki znajomym. Choć introwertycyzm to nie zbyt dobre określenie na jej osobę.
-To... jest moja kuzynka. Rachelle.
-Wolę Rae!- Oznajmiła radośnie wymachując obrazem który sama namalowała. Jego fragment wyraźnie odbił się na jej bluzce swą barwną kakofonią. Rudawe włosy latały wraz z resztą jej zwariowanego ciała.
-Tak... A to.- Wskazałem na brawurową i bezczelną istotę która nawet nie musiała się starać by nas ignorować. W uszach tkwiły jej czarne słuchawki, a ręka wystukiwała pewny rytm na materiale spódniczki. Miała nas głęboko w poważani jednak z doświadczenia wiem że wszystko słyszy, i każde słowo może zostać obrócone przeciw mnie. - Jest Victoria ale lepiej mówcie Tori jeśli chcecie żyć.- Oznajmiłem spokojnie próbując unikać morderczego spojrzenia dziewczyny. W prawdzie istotka ta miała kaszmirowy kaptur na swej główce jednak ustka, oczęta i zarys twarzy został widoczny. Oczy niczym demoniczne ślepia błyszczały diabelskim blaskiem, ustka rozchylały się by wycharczeć koleją cierpką uwagę. W porównaniu do Rae na której twarzy gościł głęboki rumieniec, tak jakby było jej ciągle gorąco. Oczęta w odcieniu butelkowej zieleni były ogromne i błyszczały dziecięcym blaskiem. Uśmiech szczery i prawdziwy niczym u bezbronnego, małego dziecka. Gromka ilość piegów okalała powierzchnię w koło jej lekko zadartego ku górze noska.. Jedna tajemnicza niczym Artemida która buszuje w lasach, okryta mgłą wtajemniczonych duszyczek. Druga jej przeciwieństwo niczym promienny Helios w formie kobiecej, łaskawy dla świata, lecz gorszy od swej bliźniaczej siostry pod wieloma aspektami. Tori wciągnęła spory haust powietrza i podeszła do nas zgrabnym krokiem, co wyglądało tak jakby wręcz lewitowała. Płynność jej ruchów wskazywała na akt irytacji w jej sercu. Fritz chyba nie zrozumiał mojej aluzji bo podszedł do ciemno włosej z półgębkiem uśmiechu na twarzy. I rzucił typową dla siebie wredną uwagę.
-Miło mi cię poznać Tori jeśli chcecie żyć.... wybacz pytanie... Ale co mi zrobisz?- Ten Rudy porąb rozłożył ręce po boku. Na ustach ciemnowłosej wykwitł wredny uśmieszek. Złapała go za lewą dłoń i jednym zwinnym ruchem w koło własnej osi wygięła ją w sposób bolesny, jednak nie groźny dla jego osoby. Podczas tego małego przedstawienia zdołała mu jeszcze zrzucić uwagę.
-On nie żartował.- Minęła nas i ruszyła w kierunku Dining Area. Scott, Vincent, Jeremy i Fritz spojrzeli na mnie pytająco. Lulu wyglądał na zadowoloną. Dam głowę iż niemymi gestami dopingowała Vicky całymi swymi siłami. Wyglądało to jak  scena z igrzysk śmierci w której drapieżca przekonuje iż warto się go bać. Rae wzruszył swymi wątłymi ramionkami i ruszyła za przybraną siostrą. Zapowiada się długi wieczór....

Per. Lulu

Przyznam iż ów istotka mnie zaintrygowała gdy swą dłonią o mlecznobiałej karnacji wykręciła rękę rudemu z satysfakcją i pasją zawartą w ruchach. Nie umiałam sobie jednak przyswoić jakiego stylu walki użyła. Wiem jedno, jak ona we mnie nie chce mieć wroga, tak ja nie chcę w niej. Trzeba przycisnąć Mika by więcej coś o niej wyśpiewał czy tego chce czy nie. Dining area było ogromnym wręcz, prostokątnym pomieszczeniem z którego wychodziło wiele przejść  w tym do kącika nagród. Na podłużnej scenie stały trzy znane wszystkim roboty, w swym zastygłym w bezruchu tańcu. Niczym żołnierze stojący na baczność czekając na odstrzał. Boniacz kurczowo ściskał w metalowych łapskach gitarę, jednak jakaś odważna lub lekko myślna istota z łatwością mogłaby ją wyswobodzić.  Dziewczyny lustrowały roboty uważnym wzrokiem.
Tori miała przed sobą telefon i zręcznym ruchem zmieniała piosenkę. Rae się do nas odwróciła z fascynacją w swych dziecięcych oczkach.
-A co to za roboty?- Potrząsnęła dłonią drugiej.
-Uno. Masz tu chodzące encyklopedie.- Oznajmiła z przekąsem.- Dos istnieje coś takiego jak ulotka dla upośledzonych i głodnych informacji przybyszy i Tres twój kuzyn analfabeta.- Wróciła do słuchana muzyki. Vincent wybuchł śmiechem. Nie rozumiem co go tak rozśmieszyło....No może te zdanie o Mike'u. (XD). Rae jakby się obudziła i podała mojemu chłopakowi spóźniony prezent, ten idiota nawet nie pokazał mi co narysowała. Tori gwizdnęła zwracając na siebie uwagę i podrzuciła nie wielką paczkę ze słowem "Orięt" do kompletu. Mike z ledwością złapał na co ta wywróciła oczyma. Trochę ją rozumiem. Kondycją to on nie może się popisać.
-Co z muzyką?- Zapytała jakby to było najważniejsze pytanie. Może dla niej muzyka to priorytet? Zerknęła na stanowisko na którym Scott rozłożył komputer, a teraz sprawdzał coś na telefonie. No kto by się spodziewał? - Mam nadzieję że będzie jakaś znośna muzyka.- Mike spojrzał na nią z chamskim uśmiechem. Na co ta wyciągnęła dłoń w jego kierunku z niemą wymianą zdań.-Nawet o tym nie myśl. A nie chwila. Ty nie myślisz.
-Dzień dobroci dla zwierząt.- Przypomniała Rae z takim uśmieszkiem jakby ona o tym od początku wiedziała.
-Ale z ja puszczam muzę z kompa a to później.- Oznajmiła zaborczo.
-Każdy może puścić co chce.- Oznajmił solenizant.Przewróciła swymi lekko umalowanymi oczyma.
-Byle nie Disco Polo bo inaczej.- Przejechała po szyi odsłaniając większą część włosów w dość charakterystycznym geście.
-Przyłączam się do jej słów.- Poparł ją fioletowowłosy. Rany. Zmarszczyłem brwi. Czy tylko mi wydają się podobni? Gdy pierwsza piosenka poleciała puszczona przez ciotę dziewczyna zamknęła się w swej samotni załamana wyborem. Sądząc po jego wyborze mogę się do niej przyłączyć. Potem tort i... brak zajęć. Rly? Jak można nic nie przygotować. Brawo Mike! Po raz pierwszy jestem wdzięczna rudemu który wpadł na pomysł gry. Jedn gdy uświadomiłam sobie co może się tu zdarzyć mia miałam ochotę go zabić.
-Zagrajmy w butelkę!- Mam złe przeczucia....

Per. Tori

Od trzech godzin grają w butelkę i pijąc alkohol który załatwił mój jakże inteligentny "Kuzyn" wiedząc że Rae delikatnie mówiąc odpierdala po pierwszej butelce. Ja nie przepadam za napojami wyskokowymi więc nawet się nie skuszę. Moją skórę okryła delikatna mgiełka ciepła w pomieszczeniu gdzie znajduję się tak liczna liczba osób. Ściana była całkiem przyjemnym miejscem... tak ciepła... i nie irytująca...(Pozdro dla Simsomania XD). Zamknęłam oczy lustrując że muzykę będzie puszczał ten fioletowowłosy chłopak. Rany... co to za moda z farbowaniem się na ten kolor? Niektórzy mają tu zrazy z dzieciństwa! Pomyślałam o swym radosnym dzieciństwie w którym wzrastała ma psychopatyczna lekko duszyczka. Nie musiałam się zamykać w klatce duszy w tym zimnym, nieczułym i opuszczonym przez wszelakie bożki świecie. Co mnie zbudziło z mego monotonnego transu poza lecącymi na oczy fiołkowymi puklami które powoli chciały ujawnić się innym? Piosenka. Ktoś puścił coś NORMALNEGO. Piosenka "Monster" Skillet'ów  dotarła do mych uszu z zapóźnionym rytmem. Ja jednak ze swym doświadczeniem muzycznym idealnie odszyfrowałam linię melodyczną i zaczęła nucić tekst co nie obyło się.... bez oklasków. Tylko dwie osoby mogły sprawić że inni zwrócili na mnie uwagę. Mike i Rae. Oboje siebie warci. Przestałam.
-Śpiewaj dalej!- Oznajmił chłopak o lekko bladawej karnacji z czarnymi włosami i butelkowo zielonymi oczyma które wydawały mi się przerażająco znajome. Okulary miał również w tym samym kolorze. Spojrzałam na niego wzrokiem jakim obdarza się mówiących do ciebie nie znajomych. Może Rae nie przeszkadza gadać z kimś kogo się nie zna, ale nie mi. -Jestem Scott Cawthon.
-Aha.- Mruknęłam. Realnie im zależy na moim fałszu? O rany. Muszą być naprawdę pijani (No jasne... wcaaale nie umiesz śpiewać. xD)- Już nie pasjonuje was butelka?- Odpowiedz twierdząca. Zajebiście. Istota zwana Vincem puściła tę piosenkę, a właściwie sam jej podkład. Zaczęłam śpiewać.
The secret side of me
I'll never let you see
I keep it caged but I can´t control it
So stay away from me, the beast is ugly
I feel the rage and I just can´t hold it

It´s scratchin on the walls
In the closet in the halls
It comes awake and I can´t control it
Hidin' under the bed
In my body in my head
Why won´t somebody come and save me from this
Make it end

I feel it deep within
It´s just beneath the skin
I must confess that I feel like a monster

I hate what I´ve become
The nightmare´s just begun
I must confess that I feel like a monster

I, I feel like a monster
I, I feel like a monster

My secret side I keep
Hid under lock and key
I keep it caged but I can´t control it
Cause if I let him out
He´ll tear me up break me down
Why won´t somebody come and save me from this
Make it end

I feel it deep within
It´s just beneath the skin
I must confess that I feel like a monster

I hate what I´ve become
The nightmare´s just begun
I must confess that I feel like a monster

I feel it deep within
It´s just beneath the skin
I must confess that I feel like a monster

I, I feel like a monster
I, I feel like a monster

It's hiding in the dark
It's teeth are razor sharp
There´s no escape for me
It want's my soul it want's my heart

No one can hear me scream
Maybe it's just a dream
Maybe it's inside of me
Stop this monster

I feel it deep within
It´s just beneath the skin
I must confess that I feel like a monster

I hate what I´ve become
The nightmare´s just begun
I must confess that I feel like a monster

I feel it deep within
It´s just beneath the skin
I must confess that I feel like a monster

I'm gonna lose control
It's something radical
I must confess that I feel like a monster

I, I feel like a monster
I, I feel like a monster
I, I feel like a monster
I, I feel like a monster

 -Zadowoleni?- Spytałam po czym na powrót "Przytuliłam" ścianę. Rae podeszła do mnie i zapytała.
-Czy chodź raz nie możesz się wyluzować?
-Hm... niech pomyślę... Nie.- Oznajmiłam zawzięcie.- Ostatni raz gdy się NAPRAWDĘ wyluzowałam dowiedziałam się od PRAWDZIWYCH rodziców że moja siostra bliźniaczka nie żyje a od brata zostałam oddzielona. - O bracie wręcz wysyczałam jej do ucha tak aby nikt nie słyszał. W mych oczach zapłonęły perliste krople smutku lecz nie pozwoliłam im wyjść na zewnątrz. Jako że większość była zlana w słup nie otrzymałam dużej dawki uwagi. Skryłam swe włosy pod kapturem nieco szczelniej. Nikt się nie dowie. Nikt. Nigdy. Troje nas było dwoje się rozdzieliło. Jedno zaginęło. Odbiłam się od gładkiej, jak tafla wody oceanu i ruszyłam w nie znanym sobie kierunku. Gdzieś gdzie mogę pobyć sama ze sobą...

~*~*~*~

Ciche spokojne miejsce roztaczało swą aurę wabiąc mnie jak muszkę do słodkiego. Powolne kroki rozbrzmiewały na kafelkach z przytłumionym dźwiękiem. Udręczona dusza błąka się po piekielnych odmętach niosąc w sercu rozpacz i sen. Krzyczałam zbyt głośno memu sercu zadawano ból, lecz doceniam szeptu łyk. Dotarłam do pomieszczenia które było w mej małej osobistej sferze wyobraźni niczym ze snu. Dawno temu przestałam wierzyć że będzie lepsze jutro. Pokój ten wyglądał cudownie. Na półkach stały różne zabawki, u dołu stało ogromne pudło wyglądem przypominające biały prezent z czerwoną wstążką. Obok niego przypięte były balony. I była czarna pozytywka, ładna..... Ogółem to miejsce przypominało dziecięce mrzonka o idealnym świecie. Mgliste wspomnienia mogły tu odżyć i zamknąć mnie w swych ogromnych łapskach. Zamknięta w labiryncie własnych wspomnień. Więzień snów i marzeń. Pozwoliłam ciepłej cieczy na powolne opadnięcie po mych licach.  Usiadłam na zimnych kafelkach opierając się całym ciałem o "prezent". Miałam wrażenie że za mną coś się poruszyło jednak gdy spojrzałam przez ramię zobaczyłam że było to złudne wrażenie. Wyjęłam zdjęcie i patrząc na nie zaczęłam wspominać szczęśliwe czasy.....

~Per. Marionetka~

Siedzenie w tym pudle jest monotonne. Co dzień ta sama śpiewka, ta sama melodia, piosenka. Pozytywka gra... i gra.... uspokajając mój głęboko skryty lekko ognisty temperament, jednak zawsze najważniejszy jest rozsądek. Można powiedzieć że trwałem obecnie w stanie letargu, w pół śnie. Jednak niewielki ruch mógł mnie zbudzić, co się stało. Ktoś usiadł i oparł się o moje pudełko budząc mnie przy tym. Aksamitne podbicie music box'a było wygodne dla mej osoby, nie ważne czy w postaci ludzkiej czy animatronika. Kto odważył się budzić mnie w noc w której nie jestem aktywny? Jakiś łatwowierny strażnik? A może jeden z moich przyjaciół? Nie. Każdy by zapukał. Może wychylić się? Zobaczyć któż mnie budzi?! Delikatnym ruchem w postaci animatronika wychyliłem się z music box'a. Była to dziewczyna, której z ciemnowłosej główki spadał kaptur fioletowe pasemka i  fioletowe końcówki ombre fosforyzowały w ciemnościach dławiących wszelkie światłu. Mrok jest dl rozmyślań. Więc o czym ta istotka rozmyślała? Nie wiem. W ręku trzymał stare zdjęcie przedstawiające bliźniaczo podobne rodzeństwo o włosach koloru purpury. W jednym miejscu jakby czegoś... bądź kogoś brakowało. Trzeciej osoby. Łzy opadały na jej ubrana barwiąc je niewidocznym odcieniem. Smutek zakrywał swą czarną zasłoną jej egzystencję, rozpaczliwe łkanie wydobywało się z krtanie dziewczyny. Ustka układały się w niemą pieśń bólu i cierpienia które biczowało przestrzeń pomiędzy nią a mym pudełkiem. Utkała nie widoczną dla świata barierę i okryła się nią niczym kocem odgradzając się od świat tak aby nikt jej nie skrzywdził. Czułem się tak, jakby u mych stóp siedziała mała zapłakana dziewczynka której nie sposób nie pocieszać. Radość. To uczucie które mnie rozpiera gdy widzę uśmiechy dzieci.

Dusza dziecka któremu odebrano życie, wolność i przyszłość skacze z radości. Kocham powodować uśmiechy dzieci. Wystarczy dać im maskotkę czy balonik  i patrzeć na zarys uśmiechu, dziecięcą euforię rysującą się na ich twarzach. Teraz, choćbym nie wiem jak miał pocieszyć tę istotkę nie mogę. Ona potrzebuje samotności, a ja czuję się jakbym naruszył jej prywatną przestrzeń choć jest odwrotnie. Dziewczyna z nie ufnością i ciekawością dotknęła pozytywki, znacie to uczucie gdy ktoś dotyka wasze rzeczy a wy mu na to pozwalacie? Nie chcecie mu tego odbierać? Właśnie tak się czułem gdy dziewczę to nakręcało pozytywkę. Gdy melodia rozbrzmiała dłuższą chwilkę, jej linia melodyczna wpadła istotce w ucho. Zaczęła nucić. Idąc za ciosem. Jakby układała własną pieśń.... do mojej melodii. Była to cicha pieśń tak spokojna niczym szkarłatne krople spływające na ziemię. Kap... Kap.... zbyt wiele złych wspomnień. Wzdrygnąłem się w duchu na samą myśl o nich. Smutek na jej twarzy był piorunujący, tak jakby ktoś jej coś odebrał o ona ostatkiem sił próbowała żyć dalej. Monotonne kroki rozbrzmiały na posadzce zaciemniając ostatnie promienie światła.

Per. Tori

Kogóż tu przywiało do mej samotni? Nawet tu nie mogę mieć chwili spokoju? Westchnęłam.  Była to owa dziewczyna zwana przez innych Lulu. Brązowe włosy kręciły się w niesforne pukielki u dwóch kucyków po bokach. Radosne oczy koloru ciepłego brązu jaśniały, lecz była w nich iskierka zadziorności.
Nie wyglądała na osobę która choćby tknęła alkoholu, co wzmogło moje podejrzenia że wszystko słyszała.
-Tori. Czemu nie jesteś na imprezie?
-Pytanie raczej brzmi dlaczego przyszłam na tę imprezę.- Odrzekłam spokojnie. Westchnęła i usiadła obok lustrując zdjęcie.
-Ładne.- Określiła. Wskazała na moje włosy.-One również.- Kiwnęłam głową od nie chcenia. Może zdołam się z nią zaprzyjaźnić? Nie zadaje teraz  zbyt wielu pytań, ale kto wie jak jest naprawdę? Poczułam chęć zwierzenia się dziewczynie.
-To ja i mój brat... bliźniak.- On również nazywa się Vincent jak twój przyjaciel... chciałam dopowiedzieć lecz nie mogłam. Na powiedzenie o zagubionej siostrze też nie miałam odwagi. Karina.... Gdzie ty jesteś? Nadal zadaję sobie to pytanie.
-Jeśli chcesz rozmyślać to radziłabym ci stąd iść zanim oni.- Wskazała na miejsce odbycia imprezy.- Tu przyjdą. - Kiwnęłam głową.
-Dzięki Lulu.- Oznajmiłam i ruszyłam w stronę wyjścia. Jest tylko jedno miejsce gdzie mogłam w spokoju pomyśleć.....

Per. Ogólna

Ranek był dość ciekawy... bo zaczął się od jednego zdania....
-Gdzie jest Tori?!

XDDD I co? Mam troszku smutku z wczoraj ale on znika, żyje się dalej! Mam nadzieję że się podoba i proszę o komy ;)

niedziela, 10 kwietnia 2016

~Urodziny Mike'a!~

" Płacz jest słabością jeśli nie płaczesz ze szczęścia."

Wraz z pierwszymi promieniami srebrzystej gwizdy która razi nas swym blaskiem na co dzień, wraz z promieniami w których byłam skąpana me powieki uniosły się ku górze. Do mych lekko wyczulonych na bodźce otoczenia uszu dotarł przypominający wyjącego w pełni kota dźwięk. Tylko jedno mogło wydać taki charakterystyczny  odgłos. Rae jest radosna i śpiewa. Choć śpiewem nazwać tego nie można. Jak na mój skromny aczkolwiek znaczący w mym życiu gust powinna wrócić do swych sztalug i farb. A śpiew niech porzuci nim stracę zmysł słuchu na stałe. Miękka pościel głaskała mą skórę i ogrzewała w celu jakim została stworzona przez istotę ludzką. Obróciłam swe ciężkie po przebudzeniu ciało w kierunku nienagannie gładkiej ściany. Dla zahamowania naporu dźwięku nałożyłam na ucho poduszkę. Dziewczyna ma przesrane. Nie dość że weszła do mego pokoju, to jeszcze usilnym fałszem próbuje wyrwać mnie z sennej mary. Nie powiem, udało jej się.
-Zamknij. Łaskawie. To. Fałszujące. Japsko.- Wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Dziewczyna prowokująco pochyliła się nade mną intonując pierwsze strofy "Kamień z napisem Love". Ruda wylądowała z trzaskiem na podłodze, jak i moja kołdra, podczas gdy ja górowałam nad nią z poduszką w ręku. Moje oczy były całe czarne z małymi białymi punktami, na twarzy lekko psotny psychiczny uśmiech rozszerzał się od boku do boku. Podniosłam kołdrę z poduszką i patrząc tryumfalnie na swe dzieło wróciłam do leżenia i nic nie robienia. Jest piątek. Ranek. Wolny dzień. Niech da se siana. Ruda jednak nie dała za wygraną. Wstąpiła w nią nowa siła bo powstała i pozwoliła swym rudym włosom wariować na wietrze i skręcać się bardziej niż zazwyczaj. Zielone oczy promieniały z ekscytacji. Zamknęłam oczęta próbując powrócić do poprzedniego stanu letargu. Błagałam Morfeusza by przyjął mnie z powrotem do siebie.Jednak nie było mi to dane.
-Toooooooriiiii!!!!- Krzyknęła ruda istota w zgrabnym odruchu potrząsając mym ramieniem. - Wstawaj! Słoneczko już wysoko!
-Wcale nie. Jest po prostu widoczne na tej półkuli.- Oznajmiłam naciągając kołdrę na głowę. Kiedyś byłam inna zachowywałam się jak duże dziecko. Odkąd straciłam brata, na dobre zamknęłam się w swej ciasnej, małej celi.
-Tori! Idziemy do centrum handlowego! Musimy mieć co na siebie włożyć.- Wychyliłam głowę z pod kołdry.
-No popatrz... jakimś cudem zapomniałam. No jak o centrum handlowym można zapomnieć?- Puściła mą ironiczną uwagę mimo uszu.- Co na siebie włożyć? Stawiam na ciuchy.
-O nie! Na urodziny mego kuzyna nie założysz po raz SETNY  bluzy z kapturem.- Oznajmiła hardo. Jedna błysk mych czarnych oczu i cięta riposta wystarczyły.
-Tak? A kto mi zabroni, ty?- Jednak jak to na nieznośną, jednak lojalną przyjaciółkę przystało wstałam wyganiając dziewczynę z pokoju w celu przebrania się w jakieś ciuchy. Bo w piżamie przecież nie wyjdę na te cholerne zakupy nie?

~*~*~*~*~
Sorry nie mam innego arta...
- Nie wierzę że prawie nic nie kupiłaś.
-A ja nie wierzę że w godzinę można zaliczyć około 26 sklepów, zakupocholiku.- Odgryzłam się złośliwie. Przewróciła oczyma unosząc torby do góry.
-A ja nie wierzę że tak oryginalnie żeś się ubrała.- Trzeba przyznać dziewczynie rację. Rozpuszczone czarne włosy miałam ułożone tak, by eksponować fiołkowe pasma i zakończenia. Opadały delikatnie na mem plecy zakrywając czarny, ozdobny szaliczek który okrywał mą szyję. Moja bluzko tunika z kapturem była lekko w
stylu gotyckim, posiadała półdługie, rozgałęziane rękawy. Biała spódniczka wirowała na mych biodrach tworząc idealny kontrast do podkolanówek. Podkolanówki w naprzemienne czarno białe pasy, a ten strój wykończył odpowiedni makijaż, średniej wielkości kapelusz w stylu Michaela Jaksona i dziurawa rękawiczka na jednej ręce. Nieco zbuntowane, a nieco w stylu emo. W kieszeni tkwił mi Ipod ze słuchawkami. Jedna z nich tkwiła mi w uchu roztaczając melodię "My songs know what you did in a dark" zespołu Fall out boys.
-Raz na Ruski rok trzeba się pokazać.- Odcięłam się lekko złośliwie lustrując wygląd przyjaciółki, podczas gdy ona otwierała drzwi do naszego domu. Rude włosy rozwiane we wszystkie strony świata, łączące się z zielonymi oczyma dużymi jak u małego dziecka. W bordowej bluzie z nieładem kolorystycznym na przodzie wparowała do domu zamykając się w swoim "Pokoju malarskim" mówiąc że musi zrobić prezent dla swojego kuzyna Mika. Mike Shmidt jest strażnikiem.... gdzieś tam i... właśnie gdzieś tam jest ta impreza. Mam nadzieję że nie liczy na jakiś drogi czy gustowny prezent ode mnie. Ma farta że w ogóle mam prezent dla niego. Zamknęłam się w pokoju wyjmując nieduże zawiniątko. Wrzuciłam je do torby i bezinteresownie zapukałam do drzwi pokoju siostry.
-Młoda! To o której jest ta impreza?
-O tej o której wyjdę.-Oznajmiła.
-Jak na mój gust  nie musisz wcale wychodzić, będę ci przynosić jedzenie.- Burknęłam pod nosem  i wróciwszy do pokoju podrzucałam do góry scyzoryk i łapałam go w swe wątłe dłonie.

~*~*~*~

Wieczorem....

-Tori!  Jesteśmy na miejscu!- Krzyknęła ruda trzymając w swych chorobliwie bladych dłoniach płótno z obrazem. Nie chciała się nawet przebrać czy umyć z farby jaka została na jej twarzy czy ubraniach.
Za uchem roztargnionej duszyczki tkwił nawet ołówek! Pomarańczową bluzkę na ramiączkach okrytą miała błękitnym swetrem. Przewróciłam radykalnie oczyma zakładając na głowę kaptur a w jedno ucho słuchawkę.  Mam na to wy-je-ba-ne. Tyle powiem. Głupia pizzeria. Głupie urodziny. I głupia nocna zmiana mego przybranego kuzyna. Na życzenia sobie trzeba zasłużyć a z IQ poniżej normy krajowej trza sobie zasłużyć. Wysiadłam z ciemnego audi siostry który nie był pierwszej nowości. Oblałam spojrzeniem prostokątny budynek o nijakiej barwie i głęboko westchnęłam. Zatęchła dziura. Zupełnie jak moje życie. Przejechałam ręką po fiołkowych pasemkach i ukryłam je pod kapturem.
-Toriś. Nie chowaj się pod kapturkiem bo nie jesteś czerwona.
-Nie. Jestem wilkiem który z ochotą pożre cię gdy się zdenerwuje. - Oznajmiłam. Podeszłam do drzwi i nie chwytając nawet klamki kopnęłam je z całej siły. - Z buta wjeżdżam idioci  którzy się tu pałętają.- Dziewczyna skarciła mnie ręką.
-Tu jest klamka.- Pokazała na metalowy przyrząd. Brutalnie wyrwałam ją z drzwi i rzuciłam o podłogę.
-Już nie ma. - Oznajmiłam dziarskim krokiem wchodząc do środka.

~Per. Mike~

Omiotłem wzrokiem cały imprezowy asortyment zapisując sobie w pamięci by zabić, udusić i spalić Cawthona za pomysł urządzenia imprezy urodzinowej w  tym... piekle. Zmierzyłem groźnym wzrokiem stojące w Dining Are'a trzy roboty.
-Mike wszystk-k-ko gotowe?- Usłyszałem za sobą głos cioty który z ich powodu nie odważył się sam tu wejść.Przestawił nogę za futrynę i.... Dum! Wyjebał się. O rany... co  za ciota....Na dodatek  runąwszy na podłogę zaczepił o mnie i razem mieliśmy bliskie z podłożem. Fuck. No jak moż być taką ciotą? Boże....Daj mi cierpliwość bym wytrzymał tę noc bez żadnych uszczerbków na swym "Pojemnym XD" umyśle.
-Jeremy ja cię zaraz...- Wysyczałem popychając chłopaka tak by wstać na równie nogi bez obawy przed kolejną wywrotką.
-To wina tych cholernych kafelków....-Tłumaczył się stając na roztrzesione nogi by miać po chwili ponowną randkę z podłogą. Strzeliłem sobie porządnie w łeb. Rany co za ciota.
-Ty jesteś cholerny....- Warknąłem z niechęcią podając mu dłoń by trzykrotny raz się nie wyjebał.
-Nie bo ty.- Orzekł trzesą c się jak osika.
-Co ja? A! Nie.-  Oznajmiłem z nutą arogancji w głosie.
-Skończyliście tę maskaradę?- Zapytał pogodny, dziewczęcy głos  za mną. Należał on do pewnej istotki, a mianowicie Lulu. Mojej dziewczyny (XD). Ignorując blondyna, odwróciłem się by wzrokiem zilustrować jej osobę. Brązowa grzywka zgrabnie opadała na jej czoło tworząc idealny kontrast do długich, a wręcz bardzo długich kucyków po bokach jej głowy. W uszach tkwiły kolczyki w kształcie czarnych gwiazdek, a na szyli wisiał naszyjnik do kompletu.Orzechowe patrzałki wgapiały się w mą osobę, a ręce miała ułożone na krzyż przy piersi postukując jedną z turkusowych tenisówek o podłogę w celu oczekiwania. -Długo mamy czekać?


Ruszyłem w kierunku brunetki zostawiając tę łamagę na pastwę losu. Ta tylko klepnęła mnie w ramię.
-Telefoniarz kazał przekazać że pojawiły się jakieś dwie dziewczyny... a właściwie jak to ujął jedna i pół bo ta druga tylko warczy i serwuje cięte riposty. - Przewróciłem oczyma. Poza Vincem istnieje tylko jedna istota tak wredna i szczera do bólu. Tori.
-Już idę.
-A nie powiesz mi łaskawie CO TO ZA DZIEWCZYNY?- Zapytała tonem żądnym informacji.
-To moja... moje kuzynki.- Wysiliłem się na liczbę mnogą, bo nie akceptuję Victorii jako kuzynki, a koleżankę mojej kuzynki. Nic do niej nie mam tyle że zawsze wie jak mnie zgasić.Ruszyłem do Hallu gdzie Scott miał wymianę zdań z czarno włosą. W koło zebrali się prawie wszyscy. Nawet Jeremy przykuśtykał.
- Skądś ty się urwała?
- Z piekła, wiesz było nudno skoro wszystkie diabły są już na ziemi.- Nigdy nie widziałem by ktoś przegadał Phone Guy'a (XD).
- Jesteś równie irytująca co....
-Jak wymyślisz, poprawka o ile wymyślisz to zadzwoń.- Oznajmiła z wrednym uśmiechem z pod kaptura. Ku memu zaskoczeniu Rae prowadziła konwersację z Fritzem. Gdy mnie zobaczyła to w jej oczach błysnęły iskierki i włączył się tryb dużego dziecka. Podbiegła do mnie i zarzuciła swe ramiona na moja szyję.
-Wszystkiego najlepszego kuzynku!- Pisnęła radośnie dziewczyna a jej rudo brązowe włosy falowały na wietrze który sama stworzyła. Złożyła mi skomplikowane życzenia i razem przyglądaliśmy się finałowi kłótni Scotta z Tori. Aż dziwi mnie że Vincent nie dorzucił swych trzech groszy.
-Jeżeli chciałeś błysnąć to trzeba było się posypać brokatem!
-Co?- Zgasiła czarnowłosego.- Jesteś tak wredna że Fritz przy tobie jest milusi.
-Co ja?- Zapytał rudzielec.
-Acha.... brokatu w hurtowni zabrakło?
-Tori!-Zirytowany podniosłem głos.Utkwiła we mnie swoje przenikliwie fiołkowe patrzałki.
-O Mike. Najlepszego.- Vincent przewrócił oczyma.
-Sie postarałaś...
-Jestem... zszokowany.-Oznajmiłem.- Nidy nie błyaś miła... na ten swój sposób.
-No raczej.- Przewróciła oczyma.- Dziś jest dzień dobroci dla zwierząt.- Westchnąłem. Ona jest... nie możliwa. Rae przerzuciła ramię obejmując ją za szyję.
-Victorio Elizabeth Saunders.... i eee...
-Zamknij tę mordę.- Oznajmiła a przez jej oczy przetoczył się dziki błysk.
-Nie ważne te drugie nazwisko. Proszę choć raz bądź miła.
-Ale ja jestem Niła. Ni to miła ni nie miła.
-Zupełnie jak ten fioletowy idiota.- Wskazałem na Vinca. Dziewczyna wzniosła oczęta ku niebu i włożyła do ucha jedną słuchawkę.
-To... może nas przedstawisz?- Zaproponowała Lulu.
-Jasne.- Oznajmiłem. Teraz będzie się działo....


XDDD I co? Podoba się XD?

piątek, 8 kwietnia 2016

Witajcie!



Cześć! Mam na imię Victoria, ale wolę jak ludzie mówią do mnie Tori. Moje nazwisko brzmi obecne Saunders jednak jest to nazwisko mej przybranej rodziny a nie moje. Ludzie na ogół trzymają się ode mnie na dystans bo przestrzegam by nie być zbyt rozmowna, jestem dość psychiczną i nie panującą nad emocjami osobą co może odbić się na ich zdrowiu. To może jakieś konkretne informacje o mnie? W wieku trzynastu lat zostałam oddzielona od mej biologicznej rodziny, w tym nie rozłącznego brata bliźniaka. Jedyne co mi po nim pozostało to stare wyblakłe zdjęcie naszej dwójki i naszyjnik którego nigdy nie zdejmuję. Moja figura bazuje na dość wydatnej i wysokiej gruszce, mam ogromne fiołkowe oczy zmieniające się na czerń z białymi punktami.Włosy me również przechodziły we wszystkie barwy fiołków, jednak zbyt przypominały mi o bracie więc je przefarbowałam. Są to kłopotliwe, ciemne loki w odcieniu palonej kawy, kłopotliwe ponieważ pragną być fioletowe jak kiedyś. Końcówki przebijają fiolet, tak samo jak pasemka. Nie ważne ile razy codziennie je farbuję. Mały zgrabny nosek, na twarzy ani grama piegów czy innych niedoskonałości i małe malinowe ustka. Jestem dość wysoka, około dwóch metrów co nie raz pomaga mi w walce i zemście na kilku istotach. Najlepszą z mych dwóch przyjaciółek jest moja przybrana siostra Rachelle Saunders zowana Rae. Rach jest dziewczyną o włosach wahających się pomiędzy brązem a rudym, jest to koafiura której nie da się rozczesać. Takie loki. Zawsze się z niej śmieję iż to nowoczesne Afro. Ma siatkę piegów i zadarty nosek. Ma butelkowo zielone oczęta, na których ma soczewki zamiast okularów. No! To tyle z przedstawiania nas! Zaczynamy!